tako rzeczą ukłony

tako rzeczą czamorro
mielony
osioł zbankrutowanym kotem
oby bozia dał
w pomidorowej
blizna dokonuje osoby
małpa śpiewająca na drzewie
światła krwią
obłok
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
leżał owad w locie
jabłonki wychodzą z nor
człowiek służy też do podlewania ziemi
dzwonnica bez kałuży
kosmos ma miejsce w lupie
wielkości za późno
szczur
widząc że nie ma nikogo
bez kolców
daleko mu do spiewu płetwali
melania trump odwiedza sierociniec
brzegiem i krwią
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
piach rozkwita
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
nieruchomo
kura lepka kangur przewrócony władza drań
jest taki pociąg dlaczego
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
fryzura bez kierowcy
kwiaty plują
piłkarzy chorych na aids
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
jamnik tenorem urzędu
kto zdechnie wcześniej?
światła
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
los się do nikogo uśmiecha
żmija
każda rzecz jest żadna
bez parasola
drobinkami nigdy
dążąc do doskonałości
o prawidłowej echostrukturze
musisz to zobaczyć
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
przewrócony
pięknie się wije
huśtawka
widłoząb miotlasty
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
obraduje
jeż czyha w zakonie
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
bez oczu
pęknięty
na tylnych łapach
idiota wyje pomidory
harfa
wandale podlewają kwiatki
wyje
but cebulowy nerwicy
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
tajny piorun ostrzy mocarstwa
oczodołami
fiołkowy
gdzie popadnie
czyha
człowiek nie do oderwania od smyczy
krawiec w postaci ulewy
kotem
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
chodziłam po tamtym świecie
twarzą ostemplowany
pyskaty
aorta brzuszna nieposzerzona
proszę zamknąć oczy gitarze
błękitny
jeż
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
borówką
ja do rzeźni jadę
tonie
nurek składany nikomu
czarna cykada chwyta się gałęzi
proboszczem
szpak
są światła widzialne i nie
a pewnego dnia masturbując się na placu targowym oświadczył
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
świat nie do oderwania od wzroku
lufcikiem
kto jest ojcem dżdżu?
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
szczerze
pędzi
drogą polna
igła w oko puka
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
nagi bez klucza
niewyklepany przez otoczenie
teofan grek maluje koronkowe majtki
byk
za pomocą gdyby
wyprostowany bez odpowiedzi
wartość tuczna i rzeźna
muskularny zad
a początek nie ma końca
mgłą
tygrys
w postaci rosy
siekierą
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
pokrzywie dłoń wyrasta
chwiliwarta
i szczypiące trawę jelenie
kobra
w obcisłej spódnicy
karaluch
cytat nakręca mydło
w kropli
wypełniony treścią ropną
na antenie
pośród lodów arktyki
morze karłów przewozi oliwa
w futrze
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
z paniką
tramwajem zarosłe
do obrywania liści posągom
pyskaty krucyfiks
gigantyczny
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
grad
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
larwa
alpinista w futrze na antenie
strzępek błyszczący
w domu schadzek
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
na odludnej wyspie
w uśmiechu poręcznym
mandolina zamiast wiosny
wilgotna
wygląda ze smoczej jamy
szczudeł tupot
pilota
statek
w każdej postaci
gnojanka żółtawa
torpedą
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
po północnej stronie krateru schröter
i inne niepodobne
krążąc wokół ziemi
deszcz korbką malowany
rzęsa
wrośniak szorstki
jedno jest pewne
drapieżny
w locie
mruga pogrzebacz
praca czyni kopią
zawsze nas coś omija
piła olbrzyma weryfikuje
nim się pojawi
zdyszany szpieg w istocie olejek
słowa wdychają się przez inne
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
baranku boży
snu muszlo nasza
o ośmiu wargach
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
gdzie jest dżem?
w kierunku macicy
odra zabiła matkę
albrecht dürer płynie na zelandię
jej ciało oplatają węże
najczyściejszej próby
niepodłączony
sarna spotyka sarnę
paznokieć
powraca
chuj odziedziczył naród
w klatce
mydło
piorun
olej na płótnie
snu
porcelanowa strzelanina
ciemniejący w światło
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
księżyc zgasło
ostatnia stroma królewna
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
krowa
jabłonki
płonie
życie to nic z tych rzeczy
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
szympanse przeglądają się w oknach
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
ręka sunie po udzie
koniec przebiega najpierw
dziecko i narośl
marek grechuta jest zastrzeżonym znakiem towarowym
55 milionów lat świetlnych od nas
czeluść ma na imię oklaski
zawadził
każdy się rodzi we własnej przepaści
u którego lęku mieszkasz?
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
myśl mieszka drobinkami nigdy
zamazana
david attenborough poświadcza
w porządku własnym
tli się
krzyk zarasta bulwary
bagnista ujada rzęsa
w kompletnej ciemności pod wodą
jakie pytanie taka krew
patelnia wyglądająca jak żywa
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
dialekt dzierżawi rolnika
kakao
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
zręcznie
burzy się jagnię zapina szelki
karaluch ciepły jabłkowy
a pan daleko?
w czasie wytrysku
w półmroku
krokodyl
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
dźwig do suszenia sutann
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
koza spoglądajaca na drzewo
motyl w postaci cielska
rycerz na koninie
wielkości niezapisanej myśli
jaskrawiec zwodniczy
na połamanym krześle
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
nie do oderwania od pustki
w czeskiej wiosce
to maska rozpaczy
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
i wszystkie noże posmarowane jodyną
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
z niegojącą się raną pachwiny
wyrasta
w masarni za sławę można kupić siebie
dozgonnie powleczony nadzieją
pokaż zęby i popatrz na mnie
prześcieradło się po nim lepi
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
stąd że nie ma żadnego stąd
śnieg wymiotuje
sromotnik bezwstydny
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
żadnego teraz żadnego nigdy
lotnisko
sową
w miniówie
kalarepa
paryżanka
w trakcie włamywaniu zębów
w kolorze ukrytym
przez cały listopad
smród to marka gówna uśmiech człowieka
kropla przerywa węgorza
skoro
łotr na apostole uchylając powiekę
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
nie do oderwania od mroku
kangur
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
wchodzi
w okrutnej litanii
w szyfonowej sukni
temu winien
szpileczka czerniejąca
w trakcie obojętności
nasz adres:
do góry nogami
podrapana
również wystaje z każdej rzeczy
dziś to baśń bez dna
biegnie przez grząski jesienny las
ukryty w przymrozku
kochanek
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
425 mln lat temu
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
w garażu
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
plemniki dojrzewają w najądrzach
szpak w puszce wieczór nietknięty
fale uderzają o latarnię
mowa ciała sekunda
najeżony
i drobne konkrementy żółciowe
nerwicy
żyrafy
w rzeczywistości
w studni
okoliczności
hotel kamienny scyzoryk
puszczyk zanurza się śniegu
masło się stara
obelga całkowicie naprężony w wodzie
głód bez kolców
pod wpływem oczywistego cudu
w przebraniu
czas się w nas umówił z nikim
nieziemskiej urody
obsesji
obywatele istnieją by służyć państwu
przemieszcza się kura olbrzyma
niewidzialne łączy świat na części
w powiększeniu
przez trojańskie pola
ze stali niepojętej
w przebłysku samotności
nietknięty
w trakcie przedrzeźniania mew
mucha
wyzwolony
rybą
drapieżny zemdlał tygrys
dziurawy fortepian widzi
w podmiejskiej kolejce
sprężyna
olbrzyma
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
szklany
po dwóch sekundach
do mądrości się przytrafia
czarne plamki na liściach klonowych
powiesiła się
włóczka podwórek
flanela
jakie to piękne!
w zwolnionym tempie
srebrnokulawy
innego ratunku nie ma
głaz bezgłowego pilota szkoli
teraz obietnica
w lustrze
kominiarz bez ćwierci
z ręką na sercu
w kiełbasie
z turkusowym kamieniem
jest nierozsłowny widnokrąg
w milczenie zawinięte
na linii lewki – hajnówka
słoń na druty tyje
bóg nie do oderwania od wszy
na schodach
biegnie
wiosłują
osioł
blizna
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
w drodze do po nic
w halce
taka jest sprawiedliwość
porostnica wielokształtna
w czerwonej pieczarze
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
papieża
pomachajcie tatusiowi
konduktor
inną postać tli się w każdej postaci
tenorem
rekin
w puszce
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
drobinkami
ukłony