szczerze kamieniem

szczerze
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
kwiaty plują
w powiększeniu
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
teofan grek maluje koronkowe majtki
nasz adres:
lufcikiem
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
w milczenie zawinięte
i wszystkie noże posmarowane jodyną
nie do oderwania od pustki
słowa wdychają się przez inne
melania trump odwiedza sierociniec
w przebraniu
po dwóch sekundach
wilgotna
snu muszlo nasza
po północnej stronie krateru schröter
w przebłysku samotności
taka jest sprawiedliwość
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
olej na płótnie
wartość tuczna i rzeźna
porostnica wielokształtna
stąd że nie ma żadnego stąd
widłoząb miotlasty
zawadził
a pan daleko?
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
piach rozkwita
daleko mu do spiewu płetwali
gigantyczny
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
kominiarz bez ćwierci
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
powiesiła się
ukłony
praca czyni kopią
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
przez trojańskie pola
pięknie się wije
jest nierozsłowny widnokrąg
szpak
muskularny zad
w kolorze ukrytym
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
statek
są światła widzialne i nie
głód bez kolców
wyprostowany bez odpowiedzi
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
nie do oderwania od mroku
piorun
david attenborough poświadcza
płonie
ostatnia stroma królewna
nagi bez klucza
srebrnokulawy
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
but cebulowy nerwicy
piła olbrzyma weryfikuje
paryżanka
tygrys
błękitny
pilota
zawsze nas coś omija
dźwig do suszenia sutann
i szczypiące trawę jelenie
pośród lodów arktyki
w kompletnej ciemności pod wodą
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
jakie to piękne!
przemieszcza się kura olbrzyma
kochanek
światła krwią
w kiełbasie
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
torpedą
425 mln lat temu
prześcieradło się po nim lepi
kotem
papieża
innego ratunku nie ma
czarna cykada chwyta się gałęzi
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
każda rzecz jest żadna
na połamanym krześle
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
tonie
sarna spotyka sarnę
inną postać tli się w każdej postaci
dziecko i narośl
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
przewrócony
a początek nie ma końca
czeluść ma na imię oklaski
grad
łotr na apostole uchylając powiekę
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
morze karłów przewozi oliwa
wielkości za późno
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
wandale podlewają kwiatki
wrośniak szorstki
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
wygląda ze smoczej jamy
w klatce
w czerwonej pieczarze
ja do rzeźni jadę
w okrutnej litanii
bez kolców
nieruchomo
chodziłam po tamtym świecie
flanela
tako rzeczą czamorro
myśl mieszka drobinkami nigdy
zręcznie
pokaż zęby i popatrz na mnie
jabłonki wychodzą z nor
dzwonnica bez kałuży
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
wielkości niezapisanej myśli
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
bóg nie do oderwania od wszy
u którego lęku mieszkasz?
jeż czyha w zakonie
mandolina zamiast wiosny
blizna dokonuje osoby
mgłą
to maska rozpaczy
w każdej postaci
czas się w nas umówił z nikim
w studni
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
żyrafy
jeż
nietknięty
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
życie to nic z tych rzeczy
koniec przebiega najpierw
w postaci rosy
porcelanowa strzelanina
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
drobinkami nigdy
wypełniony treścią ropną
snu
baranku boży
gniazda ech czarnych
gdzie popadnie
kura lepka kangur przewrócony władza drań
alpinista w futrze na antenie
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
gnojanka żółtawa
kangur
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
z ręką na sercu
nim się pojawi
w lustrze
z paniką
kalarepa
małpa śpiewająca na drzewie
wtędy wplątane
w locie
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
rekin
człowiek nie do oderwania od smyczy
pędzi
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
odra zabiła matkę
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
sową
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
byk
krokodyl
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
drobinkami
masło się stara
deszcz korbką malowany
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
niewyklepany przez otoczenie
obłok
w trakcie przedrzeźniania mew
jaskrawiec zwodniczy
pokrzywie dłoń wyrasta
księżyc zgasło
mowa ciała sekunda
i topi się amédée
w trakcie obojętności
najeżony
puszczyk zanurza się śniegu
huśtawka
albrecht dürer płynie na zelandię
wyrasta
na odludnej wyspie
krawiec w postaci ulewy
dziurawy fortepian widzi
drogą polna
obywatele istnieją by służyć państwu
krzyk zarasta bulwary
wyzwolony
w uśmiechu poręcznym
pyskaty
okoliczności
blizna
olbrzyma
w drodze do po nic
bagnista ujada rzęsa
tramwajem zarosłe
ciemniejący w światło
jej ciało oplatają węże
niewidzialne łączy świat na części
55 milionów lat świetlnych od nas
brzegiem i krwią
człowiek służy też do podlewania ziemi
świnie samotne bez parasola
zdane na łaskę samotchnienia
na schodach
bikwaśne
plemniki dojrzewają w najądrzach
mydło
oczodołami
w kropli
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
rzęsa
dążąc do doskonałości
chuj odziedziczył naród
mielony
w czeskiej wiosce
w domu schadzek
mucha
chwiliwarta
powraca
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
w półmroku
tli się
zdyszany szpieg w istocie olejek
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
harfa
drzewo bez kapelusza
w miniówie
sprężyna
leżał owad w locie
w pomidorowej
włóczka podwórek
w futrze
widząc że nie ma nikogo
siekierą
igła w oko puka
na linii lewki – hajnówka
śpiewa zabita pluskiewką
słoń na druty tyje
aorta brzuszna nieposzerzona
hotel kamienny scyzoryk
cierń oka szelest
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
w rzeczywistości
fryzura bez kierowcy
z niegojącą się raną pachwiny
mruga pogrzebacz
dziś to baśń bez dna
ze stali niepojętej
i inne niepodobne
biegnie
szklany
żadnego teraz żadnego nigdy
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
proszę zamknąć oczy gitarze
szyja inwazji krocze
na tylnych łapach
rybą
w szyfonowej sukni
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
czyha
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
na antenie
dialekt dzierżawi rolnika
głaz bezgłowego pilota szkoli
pod wpływem oczywistego cudu
szczudeł tupot
fikołkiem właśnie
pyskaty krucyfiks
burzy się jagnię zapina szelki
w puszce
musisz to zobaczyć
nurek składany nikomu
konduktor
drapieżny zemdlał tygrys
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
twarzą ostemplowany
pęknięty
borówką
kto zdechnie wcześniej?
szczur
niepodłączony
kobra
tajny piorun ostrzy mocarstwa
śnieg wymiotuje
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
drapieżny
każdy się rodzi we własnej przepaści
jechałem na wróbelku jechałem sam
w czasie wytrysku
wiosłują
do mądrości się przytrafia
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
strzępek błyszczący
osioł zbankrutowanym kotem
rycerz na koninie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
w podmiejskiej kolejce
dozgonnie
wyje
obelga całkowicie naprężony w wodzie
o prawidłowej echostrukturze
do obrywania liści posągom
najczyściejszej próby
proboszczem
bez oczu
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
nerwicy
jedno jest pewne
w porządku własnym
koza spoglądajaca na drzewo
w halce
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
cytat nakręca mydło
obraduje
żmija
sromotnik bezwstydny
i drobne konkrementy żółciowe
paznokieć
w obcisłej spódnicy
biegnie przez grząski jesienny las
karaluch ciepły jabłkowy
jamnik tenorem urzędu
larwa
osioł
kropla przerywa węgorza
jest są
oby bozia dał
nieziemskiej urody
obsesji
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
smród to marka gówna uśmiech człowieka
gdzie jest dżem?
patelnia wyglądająca jak żywa
światła
czarne plamki na liściach klonowych
krążąc wokół ziemi
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
kakao
idiota wyje pomidory
masz imię – jesteś fikcją
w zwolnionym tempie
dozgonnie powleczony nadzieją
szpak w puszce wieczór nietknięty
pomachajcie tatusiowi
fiołkowy
w kierunku macicy
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
tenorem
w trakcie włamywaniu zębów
jabłonki
jakie pytanie taka krew
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
lotnisko
w garażu
karaluch
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
piłkarzy chorych na aids
do góry nogami
kosmos ma miejsce w lupie
jest taki pociąg dlaczego
ręka sunie po udzie
zamazana
motyl w postaci cielska
przez cały listopad
świat nie do oderwania od wzroku
o ośmiu wargach
wchodzi
za pomocą gdyby
ukryty w przymrozku
krowa
szpileczka czerniejąca
również wystaje z każdej rzeczy
szympanse przeglądają się w oknach
z turkusowym kamieniem