słowo taka

słowo jest miejscem w które czas się przebiera
w przebłysku samotności
strzępek błyszczący
grad
daleko mu do spiewu płetwali
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
wyzwolony
w kompletnej ciemności pod wodą
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
okoliczności
dozgonnie powleczony nadzieją
brzegiem i krwią
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
podasz mi wolną wolę?
szczudeł tupot
karaluch
motyl w postaci cielska
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
gniazda ech czarnych
nagi bez klucza
oczodołami
do obrywania liści posągom
nie do oderwania od mroku
słowa wdychają się przez inne
dziurawy fortepian widzi
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
konduktor
w postaci rosy
z niegojącą się raną pachwiny
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
a początek nie ma końca
w garażu
pięść dysponuje solistą
księżyc zgasło
tli się
w czeskiej wiosce
mielony
kotem
rekin
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
rycerz na koninie
gdzie popadnie
czarna cykada chwyta się gałęzi
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
w obcisłej spódnicy
obelga całkowicie naprężony w wodzie
z paniką
jamnik tenorem urzędu
statek
i wszystkie noże posmarowane jodyną
zawsze nas coś omija
melania trump odwiedza sierociniec
widząc że nie ma nikogo
pędzi
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
prześcieradło się po nim lepi
drapieżny
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
nurek składany nikomu
drobinkami nigdy
szklany
alpinista w futrze na antenie
w locie
puszczyk zanurza się śniegu
śpiewa zabita pluskiewką
ukłony
twarzą ostemplowany
papieża
lufcikiem
mruga pogrzebacz
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
na linii lewki – hajnówka
niechcący
pęknięty
fryzura bez kierowcy
światła krwią
z ręką na sercu
szympanse przeglądają się w oknach
za pomocą gdyby
tramwajem zarosłe
drzewo bez kapelusza
mandolina zamiast wiosny
piłkarzy chorych na aids
przez cały listopad
piła olbrzyma weryfikuje
jaskrawiec zwodniczy
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
chwiliwarta
paryżanka
do góry nogami
kominiarz bez ćwierci
płonie
zdane na łaskę samotchnienia
pilota
powiesiła się
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
tygrys
but cebulowy nerwicy
głowa bez tacy
kakao
tajny piorun ostrzy mocarstwa
rybą
w kiełbasie
obraduje
55 milionów lat świetlnych od nas
teofan grek maluje koronkowe majtki
nasz adres:
sens przebywa zdala od gramatyki
niekoniecznie podparta
są światła widzialne i nie
szminka oczarowana mąką pościeli
kura lepka kangur przewrócony władza drań
w powiększeniu
w nikąd dorosły
żyrafy
ze stali niepojętej
łotr na apostole uchylając powiekę
czeluść ma na imię oklaski
przez trojańskie pola
paznokieć
głód bez kolców
borówką
baranku boży
tenorem
smród to marka gówna uśmiech człowieka
nie do oderwania od pustki
w uśmiechu poręcznym
pośród lodów arktyki
szczur
to maska rozpaczy
dziecko i narośl
pomachajcie tatusiowi
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
dialekt dzierżawi rolnika
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
pyskaty
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
po dwóch sekundach
w trakcie włamywaniu zębów
ręka sunie po udzie
wiosłują
ostatnia stroma królewna
w puszce
żmija
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
kto zdechnie wcześniej?
muskularny zad
sprężyna
snu muszlo nasza
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
obywatele istnieją by służyć państwu
jeż
nieziemskiej urody
tort dotyczy lepkości
w szyfonowej sukni
człowiek nie do oderwania od smyczy
wandale podlewają kwiatki
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
dźwig do suszenia sutann
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
przemieszcza się kura olbrzyma
jabłonki wychodzą z nor
świnie samotne bez parasola
wyrasta
ukryty w przymrozku
bez kolców
rzęsa
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
wartość tuczna i rzeźna
koza spoglądajaca na drzewo
bez oczu
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
pod wpływem oczywistego cudu
kwiaty plują
w miniówie
widłoząb miotlasty
myśl mieszka drobinkami nigdy
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
i drobne konkrementy żółciowe
zamazana
kangur
olej na płótnie
koniec przebiega najpierw
aorta brzuszna nieposzerzona
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
gdzie jest dżem?
nerwicy
pokrzywie dłoń wyrasta
gnojanka żółtawa
w porządku własnym
szczerze
pomazany perspektywami
niepodłączony
drapieżny zemdlał tygrys
żadnego teraz żadnego nigdy
harfa
igła w oko puka
jechałem na wróbelku jechałem sam
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
w czerwonej pieczarze
do mądrości się przytrafia
patelnia wyglądająca jak żywa
osioł
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
w okrutnej litanii
świat nie do oderwania od wzroku
tako rzeczą czamorro
wydalony z przebudzenia
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
deszcz korbką malowany
cierń oka szelest
w trakcie przedrzeźniania mew
w podmiejskiej kolejce
szpileczka czerniejąca
pieśń bez rękawa
bagnista ujada rzęsa
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
krążąc wokół ziemi
dziś to baśń bez dna
w czasie wytrysku
na schodach
kosmos ma miejsce w lupie
jakie to piękne!
425 mln lat temu
w kropli
kalarepa
czyha
krawiec w postaci ulewy
drobinkami
obłok
powraca
krokodyl
w pomidorowej
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
w milczenie zawinięte
tonie
torpedą
jakie pytanie taka krew
wilgotna
lawa ostrzy sobie język
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
masło się stara
szpak w puszce wieczór nietknięty
i szczypiące trawę jelenie
głaz bezgłowego pilota szkoli
krzyk zarasta bulwary
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
szpak
o ośmiu wargach
taka jest sprawiedliwość
krowa
jabłonki
biegnie
porcelanowa strzelanina
i inne niepodobne
muł w wiekach średnich
odra zabiła matkę
plemniki dojrzewają w najądrzach
kropla przerywa węgorza
najeżony
nieruchomo
o prawidłowej echostrukturze
mucha
zawadził
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
jej ciało oplatają węże
srebrnokulawy
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
w klatce
w półmroku
osioł zbankrutowanym kotem
na odludnej wyspie
przewrócony
morze karłów przewozi oliwa
wielkości za późno
chodziłam po tamtym świecie
życie to nic z tych rzeczy
z turkusowym kamieniem
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
blizną oka
w drodze do po nic
człowiek służy też do podlewania ziemi
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
słoń na druty tyje
innego ratunku nie ma
pyskaty krucyfiks
leżał owad w locie
zdyszany szpieg w istocie olejek
blizna
nietknięty
inną postać tli się w każdej postaci
fiołkowy
czas się w nas umówił z nikim
wyprostowany bez odpowiedzi
dzwonnica bez kałuży
na tylnych łapach
david attenborough poświadcza
a pan daleko?
karaluch ciepły jabłkowy
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
idiota wyje pomidory
proszę zamknąć oczy gitarze
burzy się jagnię zapina szelki
na antenie
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
każda rzecz jest żadna
na połamanym krześle
praca czyni kopią
oby bozia dał
po północnej stronie krateru schröter
albrecht dürer płynie na zelandię
piach rozkwita
proboszczem
w trakcie obojętności
sarna spotyka sarnę
larwa
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
siekierą
melanoma malignum
hotel kamienny scyzoryk
bóg nie do oderwania od wszy
musisz to zobaczyć
w domu schadzek
światła
nim się pojawi
porostnica wielokształtna
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
w każdej postaci
mgłą
drogą polna
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
jest nierozsłowny widnokrąg
olbrzyma
małpa śpiewająca na drzewie
w futrze
śnieg wymiotuje
wrośniak szorstki
wygląda ze smoczej jamy
sromotnik bezwstydny
u którego lęku mieszkasz?
mowa ciała sekunda
pięknie się wije
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
ciemniejący w światło
jeż czyha w zakonie
snu
również wystaje z każdej rzeczy
noc o krok do zatopienia
huśtawka
fikołkiem właśnie
ja do rzeźni jadę
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
jest taki pociąg dlaczego
kobra
w studni
wielkości niezapisanej myśli
błękitny
włóczka podwórek
wypełniony treścią ropną
w halce
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
masz imię – jesteś fikcją
w lustrze
niewyklepany przez otoczenie
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
obsesji
gigantyczny
biegnie przez grząski jesienny las
pulchniutkie gotowe do wniebowstąpienia
w kierunku macicy
chuj odziedziczył naród
piorun
jedno jest pewne
zręcznie
każdy się rodzi we własnej przepaści
byk
sową
stąd że nie ma żadnego stąd
niewidzialne łączy świat na części
prawda nie jest taka