pęknięty do spowiedzi

pęknięty
po północnej stronie krateru schröter
pośród lodów arktyki
i inne niepodobne
zawadził
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
w kropli
jeż czyha w zakonie
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
szczur
w powiększeniu
z niegojącą się raną pachwiny
torpedą
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
bez oczu
z ręką na sercu
lufcikiem
jakie to piękne!
włóczka podwórek
grad
błękitny
nieruchomo
zamazana
wyje
świat nie do oderwania od wzroku
bez parasola
w postaci rosy
w pomidorowej
krawiec w postaci ulewy
podrapana
dziś to baśń bez dna
trzustka prawidłowej wielkości
larwa
pokrzywie dłoń wyrasta
szpak w puszce wieczór nietknięty
pędzi
drapieżny zemdlał tygrys
w kierunku macicy
pasmem i odtąd
ostatnia stroma królewna
nieziemskiej urody
flanela
w studni
śnieg wymiotuje
plemniki dojrzewają w najądrzach
wandale podlewają kwiatki
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
przez cały listopad
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
nurek składany nikomu
wyrasta
ręka sunie po udzie
szympanse przeglądają się w oknach
jamnik tenorem urzędu
w locie
z turkusowym kamieniem
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
czarna cykada chwyta się gałęzi
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
jakie pytanie taka krew
piła olbrzyma weryfikuje
szczerze
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
bóg nie do oderwania od wszy
musisz to zobaczyć
kosmos ma miejsce w lupie
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
małpa śpiewająca na drzewie
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
jabłonki wychodzą z nor
kobra
na antenie
okoliczności
bagnista ujada rzęsa
w kolorze ukrytym
tako rzeczą czamorro
puszczyk zanurza się śniegu
prześcieradło się po nim lepi
drapieżny
nietknięty
łotr na apostole uchylając powiekę
nagi bez klucza
melania trump odwiedza sierociniec
chodziłam po tamtym świecie
deszcz korbką malowany
w domu schadzek
blizna
po dwóch sekundach
w półmroku
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
krowa
morze karłów przewozi oliwa
do góry nogami
albrecht dürer płynie na zelandię
biegnie przez grząski jesienny las
w podmiejskiej kolejce
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
jedno jest pewne
w obcisłej spódnicy
widłoząb miotlasty
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
w trakcie obojętności
kura lepka kangur przewrócony władza drań
odra zabiła matkę
innego ratunku nie ma
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
żyrafy
piłkarzy chorych na aids
nasz adres:
a ty do której masarni należysz?
w szyfonowej sukni
zawsze nas coś omija
pokryte meszkiem
stąd że nie ma żadnego stąd
dziurawy fortepian widzi
but cebulowy nerwicy
każda rzecz jest żadna
ze stali niepojętej
piach rozkwita
igła
z paniką
jaskrawiec zwodniczy
leżał owad w locie
kakao
55 milionów lat świetlnych od nas
olej na płótnie
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
hotel kamienny scyzoryk
słoń na druty tyje
niepodłączony
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
dozgonnie powleczony nadzieją
burzy się jagnię zapina szelki
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
siekierą
zdyszany szpieg w istocie olejek
jej ciało oplatają węże
o ośmiu wargach
sową
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
nim się pojawi
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
gdzie jest dżem?
krokodyl
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
aorta brzuszna nieposzerzona
na połamanym krześle
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
w miniówie
kochanek
widząc że nie ma nikogo
życie to nic z tych rzeczy
u którego lęku mieszkasz?
drogą polna
kto zdechnie wcześniej?
do zatopienia
twarzą ostemplowany
obłok
mandolina zamiast wiosny
tramwajem zarosłe
huśtawka
borówką
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
kangur
w każdej postaci
głód bez kolców
pięknie się wije
igła w oko puka
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
lotnisko
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
krążąc wokół ziemi
cytat nakręca mydło
praca czyni kopią
żadnego teraz żadnego nigdy
w uśmiechu poręcznym
porostnica wielokształtna
chwiliwarta
słowa wdychają się przez inne
snu muszlo nasza
jest taki pociąg dlaczego
w porządku własnym
jest nierozsłowny widnokrąg
sprężyna
powiesiła się
daleko mu do spiewu płetwali
do mądrości się przytrafia
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
olbrzyma
rzęsa
szklany
przez trojańskie pola
są światła widzialne i nie
dzwonnica bez kałuży
wygląda ze smoczej jamy
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
w klatce
425 mln lat temu
mucha
dziecko i narośl
kwiaty plują
oczodołami
kalarepa
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
zręcznie
byk
w przebłysku samotności
i szczypiące trawę jelenie
proszę zamknąć oczy gitarze
w rzeczywistości
patelnia wyglądająca jak żywa
ukłony
człowiek służy też do podlewania ziemi
w kiełbasie
wchodzi
inną postać tli się w każdej postaci
płonie
najeżony
osioł zbankrutowanym kotem
strzępek błyszczący
oby bozia dał
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
w czasie wytrysku
szczudeł tupot
i wszystkie noże posmarowane jodyną
kotem
w halce
i drobne konkrementy żółciowe
o prawidłowej echostrukturze
mowa ciała sekunda
jabłonki
w czerwonej pieczarze
gnojanka żółtawa
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
wiosłują
idiota wyje pomidory
i łzawnik rozciekliwy
w przebraniu
koza spoglądajaca na drzewo
szpileczka czerniejąca
koniec przebiega najpierw
mruga pogrzebacz
czyha
pomachajcie tatusiowi
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
dialekt dzierżawi rolnika
nerwicy
osioł
głaz bezgłowego pilota szkoli
najczyściejszej próby
do obrywania liści posągom
w garażu
powraca
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
w lustrze
również wystaje z każdej rzeczy
smród to marka gówna uśmiech człowieka
na linii lewki – hajnówka
teraz obietnica
konduktor
w puszce
pokaż zęby i popatrz na mnie
taka jest sprawiedliwość
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
papieża
pyskaty krucyfiks
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
czas się w nas umówił z nikim
sarna spotyka sarnę
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
każdy się rodzi we własnej przepaści
a początek nie ma końca
david attenborough poświadcza
ciemniejący w światło
wilgotna
blizna dokonuje osoby
światła krwią
niewyklepany przez otoczenie
pyskaty
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
przemieszcza się kura olbrzyma
żmija
w milczenie zawinięte
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
fiołkowy
chuj odziedziczył naród
obywatele istnieją by służyć państwu
światła
obsesji
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
czarne plamki na liściach klonowych
wyzwolony
mydło
w czeskiej wiosce
tonie
harfa
ja do rzeźni jadę
brzegiem i krwią
mgłą
masło się stara
tygrys
obraduje
gigantyczny
krzyk zarasta bulwary
rybą
księżyc zgasło
na tylnych łapach
temu winien
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
jak wrośniak szorstki
tenorem
pilota
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
kropla przerywa węgorza
motyl w postaci cielska
wypełniony treścią ropną
jeż
szpak
baranku boży
czeluść ma na imię oklaski
karaluch ciepły jabłkowy
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
w trakcie przedrzeźniania mew
fryzura bez kierowcy
rycerz na koninie
porcelanowa strzelanina
na odludnej wyspie
przewrócony
nie do oderwania od pustki
tli się
kominiarz bez ćwierci
karaluch
a pan daleko?
wartość tuczna i rzeźna
nie do oderwania od mroku
sromotnik bezwstydny
człowiek nie do oderwania od smyczy
w futrze
teofan grek maluje koronkowe majtki
ukryty w przymrozku
piorun
alpinista w futrze na antenie
w drodze do po nic
snu
statek
bez kolców
srebrnokulawy
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
tajny piorun ostrzy mocarstwa
rekin
proboszczem
paznokieć
wyprostowany bez odpowiedzi
gdzie popadnie
paryżanka
mielony
muskularny zad
na schodach
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
pod wpływem oczywistego cudu
oraz rozszczepka pospolita
biegnie
w trakcie zaciągania się do spowiedzi