oczodołami do ataku

oczodołami
z paniką
jeż czyha w zakonie
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
szympanse przeglądają się w oknach
paznokieć
w obcisłej spódnicy
żadnego teraz żadnego nigdy
i drobne konkrementy żółciowe
zawadził
ze stali niepojętej
w okrutnej litanii
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
krokodyl
a początek nie ma końca
w postaci rosy
sprężyna
olej na płótnie
dziecko i narośl
obywatele istnieją by służyć państwu
byk
biegnie
w powiększeniu
wypełniony treścią ropną
obsesji
rzęsa
wrośniak szorstki
a pan daleko?
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
obraduje
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
paryżanka
chwiliwarta
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
plemniki dojrzewają w najądrzach
425 mln lat temu
w milczenie zawinięte
tonie
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
proboszczem
pęknięty
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
wygląda ze smoczej jamy
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
przez cały listopad
w klatce
okoliczności
siekierą
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
rybą
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
pięknie się wije
na schodach
światła krwią
leżał owad w locie
na tylnych łapach
człowiek służy też do podlewania ziemi
pyskaty
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
w domu schadzek
nietknięty
fiołkowy
w masarni za sławę można kupić siebie
po północnej stronie krateru schröter
odra zabiła matkę
karaluch ciepły jabłkowy
czarna cykada chwyta się gałęzi
wyje
w czasie wytrysku
łotr na apostole uchylając powiekę
jabłonki
w trakcie włamywaniu zębów
sromotnik bezwstydny
na linii lewki – hajnówka
krowa
obelga całkowicie naprężony w wodzie
bez kolców
piach rozkwita
i inne niepodobne
torpedą
chuj odziedziczył naród
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
powraca
ciemniejący w światło
wchodzi
niewyklepany przez otoczenie
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
do mądrości się przytrafia
taka jest sprawiedliwość
hotel kamienny scyzoryk
nerwicy
kto zdechnie wcześniej?
motyl w postaci cielska
drobinkami nigdy
u którego lęku mieszkasz?
błękitny
czyha
55 milionów lat świetlnych od nas
w drodze do po nic
fale uderzają o latarnię
biegnie przez grząski jesienny las
olbrzyma
nasz adres:
gdzie jest dżem?
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
inną postać tli się w każdej postaci
fryzura bez kierowcy
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
za pomocą gdyby
but cebulowy nerwicy
bez parasola
kto jest ojcem dżdżu?
jest taki pociąg dlaczego
snu
jaskrawiec zwodniczy
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
dziurawy fortepian widzi
księżyc zgasło
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
drapieżny
alpinista w futrze na antenie
koniec przebiega najpierw
deszcz korbką malowany
chodziłam po tamtym świecie
w każdej postaci
piorun
stąd że nie ma żadnego stąd
strzępek błyszczący
z ręką na sercu
ostatnia stroma królewna
w rzeczywistości
w porządku własnym
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
w przebłysku samotności
zdyszany szpieg w istocie olejek
pod wpływem oczywistego cudu
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
dzwonnica bez kałuży
twarzą ostemplowany
do obrywania liści posągom
szklany
ręka sunie po udzie
nie do oderwania od mroku
mandolina zamiast wiosny
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
krążąc wokół ziemi
małpa śpiewająca na drzewie
szczerze
myśl mieszka drobinkami nigdy
pokrzywie dłoń wyrasta
tli się
harfa
skoro
jej ciało oplatają węże
niewidzialne łączy świat na części
obłok
wielkości niezapisanej myśli
tygrys
drobinkami
aorta brzuszna nieposzerzona
melania trump odwiedza sierociniec
sową
pilota
blizna
po dwóch sekundach
pomachajcie tatusiowi
nie do oderwania od pustki
dozgonnie powleczony nadzieją
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
jeż
w garażu
wiosłują
jakie to piękne!
nieruchomo
w lustrze
są światła widzialne i nie
w studni
mgłą
w szyfonowej sukni
patelnia wyglądająca jak żywa
sarna spotyka sarnę
czarne plamki na liściach klonowych
w zwolnionym tempie
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
wyprostowany bez odpowiedzi
porcelanowa strzelanina
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
cytat nakręca mydło
w locie
innego ratunku nie ma
kosmos ma miejsce w lupie
morze karłów przewozi oliwa
w pomidorowej
ukryty w przymrozku
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
los się do nikogo uśmiecha
z turkusowym kamieniem
żyrafy
czas się w nas umówił z nikim
jest nierozsłowny widnokrąg
burzy się jagnię zapina szelki
ja do rzeźni jadę
wartość tuczna i rzeźna
w kropli
nagi bez klucza
drapieżny zemdlał tygrys
mucha
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
krzyk zarasta bulwary
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
zręcznie
praca czyni kopią
przemieszcza się kura olbrzyma
wyrasta
niepodłączony
jakie pytanie taka krew
wilgotna
dziś to baśń bez dna
blizna dokonuje osoby
na antenie
nurek składany nikomu
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
gnojanka żółtawa
i wszystkie noże posmarowane jodyną
w kompletnej ciemności pod wodą
baranku boży
głód bez kolców
bóg nie do oderwania od wszy
w podmiejskiej kolejce
drogą polna
kwiaty plują
widłoząb miotlasty
nim się pojawi
musisz to zobaczyć
tako rzeczą czamorro
świat nie do oderwania od wzroku
kobra
teofan grek maluje koronkowe majtki
koza spoglądajaca na drzewo
puszczyk zanurza się śniegu
kropla przerywa węgorza
światła
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
statek
słoń na druty tyje
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
pośród lodów arktyki
również wystaje z każdej rzeczy
papieża
na połamanym krześle
a pewnego dnia masturbując się na placu targowym oświadczył
marek grechuta jest zastrzeżonym znakiem towarowym
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
borówką
przewrócony
dialekt dzierżawi rolnika
w futrze
konduktor
prześcieradło się po nim lepi
piła olbrzyma weryfikuje
to maska rozpaczy
szpileczka czerniejąca
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
lotnisko
najczyściejszej próby
teraz obietnica
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
słowa wdychają się przez inne
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
szczudeł tupot
w przebraniu
żmija
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
nieziemskiej urody
tramwajem zarosłe
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
najeżony
pokaż zęby i popatrz na mnie
kalarepa
i szczypiące trawę jelenie
david attenborough poświadcza
jabłonki wychodzą z nor
masło się stara
wyzwolony
w trakcie obojętności
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
karaluch
w miniówie
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
rekin
z niegojącą się raną pachwiny
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
muskularny zad
wandale podlewają kwiatki
na odludnej wyspie
powiesiła się
temu winien
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
gigantyczny
w kolorze ukrytym
dźwig do suszenia sutann
gdzie popadnie
srebrnokulawy
brzegiem i krwią
tenorem
zawsze nas coś omija
idiota wyje pomidory
w trakcie przedrzeźniania mew
w puszce
rycerz na koninie
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
kotem
wielkości za późno
albrecht dürer płynie na zelandię
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
oby bozia dał
mydło
jedno jest pewne
śnieg wymiotuje
kominiarz bez ćwierci
krawiec w postaci ulewy
flanela
o ośmiu wargach
jamnik tenorem urzędu
mruga pogrzebacz
pyskaty krucyfiks
porostnica wielokształtna
tajny piorun ostrzy mocarstwa
o prawidłowej echostrukturze
w kiełbasie
czeluść ma na imię oklaski
igła w oko puka
zamazana
piłkarzy chorych na aids
kangur
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
płonie
życie to nic z tych rzeczy
grad
osioł zbankrutowanym kotem
kochanek
bez oczu
lufcikiem
szpak w puszce wieczór nietknięty
huśtawka
widząc że nie ma nikogo
larwa
kura lepka kangur przewrócony władza drań
mowa ciała sekunda
każdy się rodzi we własnej przepaści
szczur
smród to marka gówna uśmiech człowieka
w kierunku macicy
w półmroku
w uśmiechu poręcznym
proszę zamknąć oczy gitarze
pędzi
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
mielony
podrapana
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
w czeskiej wiosce
włóczka podwórek
kakao
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
w czerwonej pieczarze
dążąc do doskonałości
do góry nogami
człowiek nie do oderwania od smyczy
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
snu muszlo nasza
daleko mu do spiewu płetwali
głaz bezgłowego pilota szkoli
szpak
w halce
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
osioł
każda rzecz jest żadna
przez trojańskie pola
ukłony
bagnista ujada rzęsa
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku