o ośmiu łez

o ośmiu wargach
w miniówie
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
masło się stara
żadnego teraz żadnego nigdy
sens przebywa zdala od gramatyki
aorta brzuszna nieposzerzona
jaskrawiec zwodniczy
kangur
tonie
dziś to baśń bez dna
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
błękitny
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
powiesiła się
niewyklepany przez otoczenie
jeż czyha w zakonie
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
jest taki pociąg dlaczego
bagnista ujada rzęsa
czyha
fiołkowy
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
sową
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
tramwajem zarosłe
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
praca czyni kopią
drzewo bez kapelusza
szympanse przeglądają się w oknach
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
myśl mieszka drobinkami nigdy
taka jest sprawiedliwość
szpak
w pomidorowej
mielony
snu
puszczyk zanurza się śniegu
pokrzywie dłoń wyrasta
tajny piorun ostrzy mocarstwa
tako rzeczą czamorro
ręka sunie po udzie
a początek nie ma końca
piach rozkwita
teofan grek maluje koronkowe majtki
nim się pojawi
gnojanka żółtawa
dialekt dzierżawi rolnika
blizną oka
nieruchomo
również wystaje z każdej rzeczy
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
łotr na apostole uchylając powiekę
strzępek błyszczący
w kropli
rybą
jest nierozsłowny widnokrąg
karaluch
powraca
dzwonnica bez kałuży
dźwig do suszenia sutann
w każdej postaci
david attenborough poświadcza
kwiaty plują
prześcieradło się po nim lepi
i wszystkie noże posmarowane jodyną
do mądrości się przytrafia
w obcisłej spódnicy
morze karłów przewozi oliwa
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
w postaci rosy
tli się
burzy się jagnię zapina szelki
wygląda ze smoczej jamy
sprężyna
pilota
pod wpływem oczywistego cudu
baranku boży
odra zabiła matkę
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
ostatnia prosta krzywizna
małpa śpiewająca na drzewie
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
w domu schadzek
nurek składany nikomu
kreda przywiązuje moczary
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
mięso bez wspomnień
światła krwią
paznokieć
obłok
w milczenie zawinięte
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
kropla przerywa węgorza
hotel kamienny scyzoryk
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
szpileczka czerniejąca
jamnik tenorem urzędu
w nikąd dorosły
rycerz na koninie
sarna spotyka sarnę
ciemniejący w światło
osioł zbankrutowanym kotem
w czerwonej pieczarze
larwa
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
księżyc zgasło
byk
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
w klatce
motyl w postaci cielska
jakie to piękne!
zręcznie
pięknie się wije
muskularny zad
srebrnokulawy
pieśń bez rękawa
wypełniony treścią ropną
oczodołami
mowa ciała sekunda
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
bez kolców
porostnica wielokształtna
proboszczem
nie do oderwania od mroku
lawa ostrzy sobie język
w kompletnej ciemności pod wodą
55 milionów lat świetlnych od nas
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
kotem
świat nie do oderwania od wzroku
krzyk zarasta bulwary
piła olbrzyma weryfikuje
jabłonki wychodzą z nor
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
piłkarzy chorych na aids
drapieżny zemdlał tygrys
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
kakao
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
na połamanym krześle
czeluść ma na imię oklaski
nietknięty
wartość tuczna i rzeźna
ukłony
w podmiejskiej kolejce
w locie
statek
siekierą
leżał owad w locie
wyprostowany bez odpowiedzi
o prawidłowej echostrukturze
inną postać tli się w każdej postaci
w szyfonowej sukni
w przebłysku samotności
zamazana
wrośniak szorstki
szczudeł tupot
kominiarz bez ćwierci
torpedą
pomachajcie tatusiowi
po dwóch sekundach
w uśmiechu poręcznym
pęknięty
mruga pogrzebacz
najeżony
zawsze nas coś omija
w trakcie obojętności
plemniki dojrzewają w najądrzach
pyskaty
przez trojańskie pola
w drodze do po nic
wandale podlewają kwiatki
biegnie
przewrócony
nieziemskiej urody
albrecht dürer płynie na zelandię
koniec przebiega najpierw
w czeskiej wiosce
drogą polna
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
płonie
są światła widzialne i nie
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
czas się w nas umówił z nikim
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
cierń oka szelest
w halce
idiota wyje pomidory
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
alpinista w futrze na antenie
w trakcie przedrzeźniania mew
wiosłują
mucha
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
kosmos ma miejsce w lupie
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
krawiec w postaci ulewy
lufcikiem
w kierunku macicy
świnie samotne bez parasola
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
masz imię – jesteś fikcją
nie do oderwania od pustki
w studni
konduktor
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
w powiększeniu
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
igła w oko puka
mandolina zamiast wiosny
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
wyzwolony
but cebulowy nerwicy
chwiliwarta
gigantyczny
melania trump odwiedza sierociniec
i inne niepodobne
bez oczu
w lustrze
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
chodziłam po tamtym świecie
człowiek nie do oderwania od smyczy
wyrasta
dziecko i narośl
widząc że nie ma nikogo
gdzie popadnie
jedno jest pewne
drobinkami nigdy
włóczka podwórek
z niegojącą się raną pachwiny
425 mln lat temu
wielkości za późno
żmija
drapieżny
zdyszany szpieg w istocie olejek
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
człowiek służy też do podlewania ziemi
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
śnieg wymiotuje
daleko mu do spiewu płetwali
z turkusowym kamieniem
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
musisz to zobaczyć
śpiewa zabita pluskiewką
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
koza spoglądajaca na drzewo
słowa wdychają się przez inne
karaluch ciepły jabłkowy
życie to nic z tych rzeczy
borówką
niechcący
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
na odludnej wyspie
pyskaty krucyfiks
krokodyl
w czasie wytrysku
do góry nogami
grad
patelnia wyglądająca jak żywa
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
w futrze
niepodłączony
proszę zamknąć oczy gitarze
oby bozia dał
przemieszcza się kura olbrzyma
bóg nie do oderwania od wszy
dziurawy fortepian widzi
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
jakie pytanie taka krew
kura lepka kangur przewrócony władza drań
w porządku własnym
twarzą ostemplowany
stąd że nie ma żadnego stąd
za pomocą gdyby
kto zdechnie wcześniej?
obywatele istnieją by służyć państwu
porcelanowa strzelanina
w puszce
do obrywania liści posągom
szpak w puszce wieczór nietknięty
sromotnik bezwstydny
i drobne konkrementy żółciowe
snu muszlo nasza
ja do rzeźni jadę
z ręką na sercu
na tylnych łapach
obelga całkowicie naprężony w wodzie
szlagierem biegnie udręka
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
kalarepa
obraduje
fryzura bez kierowcy
widłoząb miotlasty
noc o krok do zatopienia
i szczypiące trawę jelenie
prawda nie jest taka
żyrafy
na linii lewki – hajnówka
w kiełbasie
krążąc wokół ziemi
po północnej stronie krateru schröter
ze stali niepojętej
paryżanka
chuj odziedziczył naród
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
jeż
dozgonnie powleczony nadzieją
w półmroku
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
podasz mi wolną wolę?
tygrys
pośród lodów arktyki
wilgotna
deszcz korbką malowany
głaz bezgłowego pilota szkoli
smród to marka gówna uśmiech człowieka
gdzie jest dżem?
przez cały listopad
nagi bez klucza
biegnie przez grząski jesienny las
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
w trakcie włamywaniu zębów
nasz adres:
innego ratunku nie ma
brzegiem i krwią
tenorem
ukryty w przymrozku
wielkości niezapisanej myśli
u którego lęku mieszkasz?
rekin
szklany
każda rzecz jest żadna
każdy się rodzi we własnej przepaści
a pan daleko?
huśtawka
piorun
mgłą
czarna cykada chwyta się gałęzi
słoń na druty tyje
są jeszcze wiece do zdrapywania łez