myśl nietknięty

myśl mieszka drobinkami nigdy
śnieg wymiotuje
widłoząb miotlasty
w pomidorowej
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
błękitny
nasz adres:
wandale podlewają kwiatki
śpiewa zabita pluskiewką
kotem
ciemniejący w światło
wypełniony treścią ropną
czarne plamki na liściach klonowych
wchodzi
przewrócony
byk
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
bagnista ujada rzęsa
drobinkami
piła olbrzyma weryfikuje
w trakcie obojętności
obywatele istnieją by służyć państwu
czas się w nas umówił z nikim
żadnego teraz żadnego nigdy
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
drzewo bez kapelusza
wyrasta
tygrys
okoliczności
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
szklany
również wystaje z każdej rzeczy
ukłony
światła
w czerwonej pieczarze
fiołkowy
łotr na apostole uchylając powiekę
bez kolców
nieruchomo
w półmroku
melania trump odwiedza sierociniec
papieża
w halce
proszę zamknąć oczy gitarze
krawiec w postaci ulewy
mgłą
gnojanka żółtawa
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
musisz to zobaczyć
w kiełbasie
nie do oderwania od pustki
w miniówie
widząc że nie ma nikogo
szyja inwazji krocze
jedno jest pewne
zdyszany szpieg w istocie olejek
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
prześcieradło się po nim lepi
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
za pomocą gdyby
jakie pytanie taka krew
kwiaty plują
człowiek służy też do podlewania ziemi
świat nie do oderwania od wzroku
zawsze nas coś omija
rekin
dzwonnica bez kałuży
po dwóch sekundach
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
nim się pojawi
zawadził
w trakcie przedrzeźniania mew
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
blizna dokonuje osoby
przez trojańskie pola
pyskaty krucyfiks
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
rybą
nurek składany nikomu
kominiarz bez ćwierci
pęknięty
wilgotna
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
o ośmiu wargach
w powiększeniu
małpa śpiewająca na drzewie
tramwajem zarosłe
cierń oka szelest
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
najczyściejszej próby
nerwicy
dialekt dzierżawi rolnika
kosmos ma miejsce w lupie
u którego lęku mieszkasz?
księżyc zgasło
głaz bezgłowego pilota szkoli
dziś to baśń bez dna
w każdej postaci
powiesiła się
muskularny zad
nietknięty
szczudeł tupot
wyprostowany bez odpowiedzi
z paniką
na odludnej wyspie
stąd że nie ma żadnego stąd
piorun
jeż czyha w zakonie
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
w zwolnionym tempie
tenorem
biegnie
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
drapieżny
i topi się amédée
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
w studni
w postaci rosy
dźwig do suszenia sutann
porostnica wielokształtna
jechałem na wróbelku jechałem sam
krokodyl
olbrzyma
alpinista w futrze na antenie
czyha
w uśmiechu poręcznym
kura lepka kangur przewrócony władza drań
koza spoglądajaca na drzewo
to maska rozpaczy
w trakcie włamywaniu zębów
są światła widzialne i nie
krążąc wokół ziemi
płonie
a pan daleko?
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
a początek nie ma końca
czeluść ma na imię oklaski
z niegojącą się raną pachwiny
do mądrości się przytrafia
paryżanka
i wszystkie noże posmarowane jodyną
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
flanela
w milczenie zawinięte
snu
przemieszcza się kura olbrzyma
w klatce
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
osioł zbankrutowanym kotem
w rzeczywistości
na połamanym krześle
życie to nic z tych rzeczy
w kompletnej ciemności pod wodą
mydło
z ręką na sercu
drapieżny zemdlał tygrys
harfa
powraca
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
pokrzywie dłoń wyrasta
grad
w futrze
potwór przysięga
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
wartość tuczna i rzeźna
pośród lodów arktyki
czarna cykada chwyta się gałęzi
dążąc do doskonałości
lotnisko
tako rzeczą czamorro
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
praca czyni kopią
gniazda ech czarnych
kochanek
gdzie popadnie
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
piach rozkwita
w porządku własnym
w kolorze ukrytym
bez oczu
w drodze do po nic
pięknie się wije
jest taki pociąg dlaczego
kropla przerywa węgorza
i drobne konkrementy żółciowe
mucha
paznokieć
w lustrze
inną postać tli się w każdej postaci
głód bez kolców
sprężyna
borówką
statek
drobinkami nigdy
jeż
i szczypiące trawę jelenie
innego ratunku nie ma
żyrafy
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
chodziłam po tamtym świecie
odra zabiła matkę
taka jest sprawiedliwość
żmija
obraduje
w przebłysku samotności
plemniki dojrzewają w najądrzach
dziurawy fortepian widzi
rycerz na koninie
tajny piorun ostrzy mocarstwa
osioł
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
każda rzecz jest żadna
oby bozia dał
daleko mu do spiewu płetwali
w kierunku macicy
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
dziecko i narośl
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
w kropli
igła w oko puka
i inne niepodobne
cytat nakręca mydło
koniec przebiega najpierw
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
srebrnokulawy
krzyk zarasta bulwary
karaluch
szpak w puszce wieczór nietknięty
morze karłów przewozi oliwa
w domu schadzek
pilota
sową
do obrywania liści posągom
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
w okrutnej litanii
aorta brzuszna nieposzerzona
sarna spotyka sarnę
brzegiem i krwią
torpedą
chwiliwarta
szczerze
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
szympanse przeglądają się w oknach
kakao
puszczyk zanurza się śniegu
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
człowiek nie do oderwania od smyczy
dozgonnie powleczony nadzieją
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
w garażu
o prawidłowej echostrukturze
najeżony
szczur
strzępek błyszczący
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
wrośniak szorstki
ręka sunie po udzie
światła krwią
wiosłują
huśtawka
gdzie jest dżem?
pod wpływem oczywistego cudu
w czasie wytrysku
ja do rzeźni jadę
55 milionów lat świetlnych od nas
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
na antenie
do góry nogami
w locie
mandolina zamiast wiosny
tonie
siekierą
jej ciało oplatają węże
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
ostatnia stroma królewna
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
pomachajcie tatusiowi
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
na linii lewki – hajnówka
rzęsa
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
425 mln lat temu
pokaż zęby i popatrz na mnie
burzy się jagnię zapina szelki
jabłonki wychodzą z nor
twarzą ostemplowany
przez cały listopad
jest są
zdane na łaskę samotchnienia
masło się stara
hotel kamienny scyzoryk
mielony
jakie to piękne!
niepodłączony
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
olej na płótnie
deszcz korbką malowany
pyskaty
patelnia wyglądająca jak żywa
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
w obcisłej spódnicy
mruga pogrzebacz
wyje
nieziemskiej urody
porcelanowa strzelanina
kalarepa
obelga całkowicie naprężony w wodzie
po północnej stronie krateru schröter
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
nagi bez klucza
na tylnych łapach
idiota wyje pomidory
motyl w postaci cielska
masz imię – jesteś fikcją
każdy się rodzi we własnej przepaści
ukryty w przymrozku
albrecht dürer płynie na zelandię
słowa wdychają się przez inne
niewidzialne łączy świat na części
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
w puszce
jamnik tenorem urzędu
dozgonnie
w podmiejskiej kolejce
mowa ciała sekunda
lufcikiem
nie do oderwania od mroku
bóg nie do oderwania od wszy
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
z turkusowym kamieniem
krowa
obłok
chuj odziedziczył naród
w szyfonowej sukni
słoń na druty tyje
proboszczem
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
but cebulowy nerwicy
snu muszlo nasza
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
wielkości za późno
fryzura bez kierowcy
włóczka podwórek
oczodołami
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
w przebraniu
teofan grek maluje koronkowe majtki
szpak
gigantyczny
smród to marka gówna uśmiech człowieka
drogą polna
ze stali niepojętej
konduktor
baranku boży
na schodach
david attenborough poświadcza
wyzwolony
niewyklepany przez otoczenie
blizna
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
karaluch ciepły jabłkowy
szpileczka czerniejąca
pędzi
kto zdechnie wcześniej?
fikołkiem właśnie
świnie samotne bez parasola
larwa
biegnie przez grząski jesienny las
kobra
obsesji
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
tli się
zręcznie
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
kangur
zamazana
wielkości niezapisanej myśli
jaskrawiec zwodniczy
sromotnik bezwstydny
jest nierozsłowny widnokrąg
wygląda ze smoczej jamy
leżał owad w locie
jabłonki
w czeskiej wiosce
piłkarzy chorych na aids
do góry nogami
osioł zbankrutowanym kotem
wyzwolony
w lustrze
szczudeł tupot
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
papieża
karaluch
łotr na apostole uchylając powiekę
dziś to baśń bez dna
jakie pytanie taka krew
i drobne konkrementy żółciowe
mruga pogrzebacz
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
w studni
kwiaty plują
żmija
harfa
w rzeczywistości
smród to marka gówna uśmiech człowieka
osioł
morze karłów przewozi oliwa
włóczka podwórek
czeluść ma na imię oklaski
gdzie jest dżem?
tonie
blizna dokonuje osoby
niewyklepany przez otoczenie
w kierunku macicy
tako rzeczą czamorro
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
w porządku własnym
najczyściejszej próby
a początek nie ma końca
szczerze
rzęsa
mydło
w przebłysku samotności
grad
pośród lodów arktyki
po dwóch sekundach
sarna spotyka sarnę
światła
burzy się jagnię zapina szelki
sową
w uśmiechu poręcznym
nieruchomo
piorun
flanela
alpinista w futrze na antenie
z niegojącą się raną pachwiny
do zatopienia
w kropli
do mądrości się przytrafia
również wystaje z każdej rzeczy
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
muskularny zad
fryzura bez kierowcy
karaluch ciepły jabłkowy
u którego lęku mieszkasz?
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
rybą
inną postać tli się w każdej postaci
proboszczem
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
jedno jest pewne
w trakcie przedrzeźniania mew
kalarepa
zawsze nas coś omija
człowiek służy też do podlewania ziemi
powraca
niepodłączony
hotel kamienny scyzoryk
konduktor
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
bagnista ujada rzęsa
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
każdy się rodzi we własnej przepaści
na linii lewki – hajnówka
wypełniony treścią ropną
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
słoń na druty tyje
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
bez oczu
chwiliwarta
deszcz korbką malowany
musisz to zobaczyć
byk
obsesji
obłok
rekin
torpedą
czas się w nas umówił z nikim
praca czyni kopią
jej ciało oplatają węże
przemieszcza się kura olbrzyma
mielony
ukłony
w domu schadzek
jeż czyha w zakonie
igła
55 milionów lat świetlnych od nas
pyskaty krucyfiks
mucha
najeżony
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
patelnia wyglądająca jak żywa
dziecko i narośl
dziurawy fortepian widzi
płonie
zdyszany szpieg w istocie olejek
zawadził
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
szpileczka czerniejąca
w kiełbasie
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
krążąc wokół ziemi
teofan grek maluje koronkowe majtki
teraz obietnica
rycerz na koninie
pokryte meszkiem
dzwonnica bez kałuży
ciemniejący w światło
życie to nic z tych rzeczy
daleko mu do spiewu płetwali
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
kotem
but cebulowy nerwicy
kakao
i szczypiące trawę jelenie
leżał owad w locie
świat nie do oderwania od wzroku
dialekt dzierżawi rolnika
brzegiem i krwią
kobra
motyl w postaci cielska
szpak w puszce wieczór nietknięty
do obrywania liści posągom
żadnego teraz żadnego nigdy
na schodach
aorta brzuszna nieposzerzona
ze stali niepojętej
obraduje
huśtawka
masło się stara
w półmroku
biegnie
koza spoglądajaca na drzewo
fiołkowy
kura lepka kangur przewrócony władza drań
tramwajem zarosłe
tenorem
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
kangur
pilota
w każdej postaci
chuj odziedziczył naród
są światła widzialne i nie
wilgotna
czyha
piła olbrzyma weryfikuje
melania trump odwiedza sierociniec
agrest pada
obywatele istnieją by służyć państwu
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
paznokieć
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
powiesiła się
szympanse przeglądają się w oknach
nerwicy
plemniki dojrzewają w najądrzach
podrapana
mandolina zamiast wiosny
krawiec w postaci ulewy
człowiek nie do oderwania od smyczy
pięknie się wije
drapieżny
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
w przebraniu
tajny piorun ostrzy mocarstwa
czarna cykada chwyta się gałęzi
w futrze
błękitny
nasz adres:
z turkusowym kamieniem
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
tli się
szklany
na tylnych łapach
w puszce
cytat nakręca mydło
srebrnokulawy
olbrzyma
krowa
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
statek
a pan daleko?
trzustka prawidłowej wielkości
david attenborough poświadcza
larwa plemeniem podrapana
puszczyk zanurza się śniegu
prześcieradło się po nim lepi
snu
w pomidorowej
425 mln lat temu
pyskaty
a ty do której masarni należysz?
na antenie
dozgonnie powleczony nadzieją
piach rozkwita
ręka sunie po udzie
słowa wdychają się przez inne
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
w trakcie obojętności
widząc że nie ma nikogo
bóg nie do oderwania od wszy
wyprostowany bez odpowiedzi
jest taki pociąg dlaczego
sprężyna
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
temu winien
wartość tuczna i rzeźna
czarne plamki na liściach klonowych
jest nierozsłowny widnokrąg
bez kolców
przez trojańskie pola
chodziłam po tamtym świecie
nie do oderwania od mroku
igła w oko puka
paryżanka
z paniką
gigantyczny
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
szpak
jaskrawiec zwodniczy
pęknięty
snu muszlo nasza
wyje
drogą polna
w czeskiej wiosce
i inne niepodobne
borówką
siekierą
wandale podlewają kwiatki
po północnej stronie krateru schröter
pokrzywie dłoń wyrasta
taka jest sprawiedliwość
w miniówie
piłkarzy chorych na aids
i wszystkie noże posmarowane jodyną
w halce
albrecht dürer płynie na zelandię
gdzie popadnie
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
śnieg wymiotuje
porcelanowa strzelanina
ja do rzeźni jadę
w kolorze ukrytym
rozszczepka pospolita
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
porostnica wielokształtna
jakie to piękne!
strzępek błyszczący
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
kto zdechnie wcześniej?
krokodyl
pod wpływem oczywistego cudu
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
szczur
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
jabłonki wychodzą z nor
biegnie przez grząski jesienny las
każda rzecz jest żadna
gnojanka żółtawa
przewrócony
zręcznie
w podmiejskiej kolejce
nie do oderwania od pustki
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
z ręką na sercu
mowa ciała sekunda
pomachajcie tatusiowi
w obcisłej spódnicy
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
kosmos ma miejsce w lupie
jeż
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
głaz bezgłowego pilota szkoli
kropla przerywa węgorza
widłoząb miotlasty
pędzi
w czerwonej pieczarze
żyrafy
w milczenie zawinięte
zamazana
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
przez cały listopad
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
w postaci rosy
drapieżny zemdlał tygrys
twarzą ostemplowany
wrośniak szorstki
jabłonki
lotnisko
odra zabiła matkę
krzyk zarasta bulwary
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
kominiarz bez ćwierci
kochanek
łzawnik rozciekliwy
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
ukryty w przymrozku
oby bozia dał
wchodzi
proszę zamknąć oczy gitarze
wiosłują
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
w garażu
w czasie wytrysku
głód bez kolców
sromotnik bezwstydny
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
małpa śpiewająca na drzewie
na odludnej wyspie
w szyfonowej sukni
o prawidłowej echostrukturze
mgłą
larwa
o ośmiu wargach
w locie
koniec przebiega najpierw
spadzista marianna garść pulchnych wniebowstąpień przynosi
idiota wyje pomidory
nagi bez klucza
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
olej na płótnie
wygląda ze smoczej jamy
nieziemskiej urody
w powiększeniu
blizna
w klatce
księżyc zgasło
oczodołami
jamnik tenorem urzędu
baranku boży
w drodze do po nic
okoliczności
lufcikiem
nurek składany nikomu
nim się pojawi
tygrys
wyrasta
bez parasola
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
na połamanym krześle
innego ratunku nie ma
stąd że nie ma żadnego stąd
światła krwią
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
nietknięty