małpa myśli

małpa śpiewająca na drzewie
grad
morze karłów przewozi oliwa
gdzie popadnie
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
krowa
błękitny
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
i szczypiące trawę jelenie
w puszce
bóg nie do oderwania od wszy
paznokieć
w drodze do po nic
w halce
dialekt dzierżawi rolnika
sową
david attenborough poświadcza
jeż
nie do oderwania od pustki
drogą polna
po północnej stronie krateru schröter
piach rozkwita
srebrnokulawy
zawsze nas coś omija
wartość tuczna i rzeźna
w studni
w szyfonowej sukni
drobinkami nigdy
dźwig do suszenia sutann
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
świnie samotne bez parasola
szczudeł tupot
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
tenorem
a pan daleko?
kominiarz bez ćwierci
w futrze
ze stali niepojętej
piła olbrzyma weryfikuje
drapieżny zemdlał tygrys
rycerz na koninie
pyskaty
sens przebywa zdala od gramatyki
osioł zbankrutowanym kotem
biegnie przez grząski jesienny las
fiołkowy
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
w kolorze ukrytym
blizna
jest taki pociąg dlaczego
w kiełbasie
wielkości za późno
kosmos ma miejsce w lupie
larwa
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
biegnie
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
teofan grek maluje koronkowe majtki
bagnista ujada rzęsa
krawiec w postaci ulewy
muskularny zad
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
po dwóch sekundach
ostatnia stroma królewna
w domu schadzek
ciemniejący w światło
śpiewa zabita pluskiewką
do mądrości się przytrafia
rzęsa
w trakcie obojętności
zręcznie
hotel kamienny scyzoryk
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
dziecko i narośl
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
jedno jest pewne
gigantyczny
kobra
wypełniony treścią ropną
dziurawy fortepian widzi
widząc że nie ma nikogo
plemniki dojrzewają w najądrzach
jej ciało oplatają węże
albrecht dürer płynie na zelandię
innego ratunku nie ma
u którego lęku mieszkasz?
burzy się jagnię zapina szelki
w czeskiej wiosce
a początek nie ma końca
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
wrośniak szorstki
na schodach
słoń na druty tyje
bez kolców
gnojanka żółtawa
proboszczem
obłok
kwiaty plują
gniazda ech czarnych
tajny piorun ostrzy mocarstwa
wyzwolony
karaluch ciepły jabłkowy
do góry nogami
w milczenie zawinięte
w czerwonej pieczarze
dozgonnie powleczony nadzieją
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
w zwolnionym tempie
niewidzialne łączy świat na części
rekin
przemieszcza się kura olbrzyma
nieziemskiej urody
musisz to zobaczyć
niechcący
mydło
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
nietknięty
jaskrawiec zwodniczy
drzewo bez kapelusza
w okrutnej litanii
pomachajcie tatusiowi
statek
nerwicy
proszę zamknąć oczy gitarze
w kierunku macicy
tonie
krążąc wokół ziemi
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
fikołkiem właśnie
w półmroku
okoliczności
w przebłysku samotności
siekierą
w przebraniu
tako rzeczą czamorro
chuj odziedziczył naród
łotr na apostole uchylając powiekę
pęknięty
człowiek nie do oderwania od smyczy
konduktor
do obrywania liści posągom
z niegojącą się raną pachwiny
na odludnej wyspie
55 milionów lat świetlnych od nas
425 mln lat temu
pokaż zęby i popatrz na mnie
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
przez cały listopad
najczyściejszej próby
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
ukryty w przymrozku
praca czyni kopią
przewrócony
i drobne konkrementy żółciowe
ręka sunie po udzie
pod wpływem oczywistego cudu
czas się w nas umówił z nikim
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
na połamanym krześle
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
blizna dokonuje osoby
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
szpileczka czerniejąca
kakao
światła
powiesiła się
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
o ośmiu wargach
borówką
jamnik tenorem urzędu
życie to nic z tych rzeczy
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
o prawidłowej echostrukturze
kalarepa
na linii lewki – hajnówka
włóczka podwórek
harfa
drobinkami
wchodzi
świat nie do oderwania od wzroku
motyl w postaci cielska
wyrasta
sprężyna
w powiększeniu
widłoząb miotlasty
chodziłam po tamtym świecie
ukłony
kotem
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
obywatele istnieją by służyć państwu
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
z ręką na sercu
zawadził
koza spoglądajaca na drzewo
mgłą
olbrzyma
tli się
i inne niepodobne
brzegiem i krwią
w kompletnej ciemności pod wodą
w obcisłej spódnicy
dzwonnica bez kałuży
myśl mieszka drobinkami nigdy
lufcikiem
smród to marka gówna uśmiech człowieka
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
leżał owad w locie
jeż czyha w zakonie
człowiek służy też do podlewania ziemi
w klatce
są światła widzialne i nie
dziś to baśń bez dna
najeżony
kropla przerywa węgorza
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
szympanse przeglądają się w oknach
sromotnik bezwstydny
pędzi
przez trojańskie pola
obelga całkowicie naprężony w wodzie
czarna cykada chwyta się gałęzi
w postaci rosy
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
na antenie
w trakcie włamywaniu zębów
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
bez oczu
baranku boży
porcelanowa strzelanina
w czasie wytrysku
płonie
szpak
osioł
wygląda ze smoczej jamy
pośród lodów arktyki
patelnia wyglądająca jak żywa
snu muszlo nasza
porostnica wielokształtna
dążąc do doskonałości
zdyszany szpieg w istocie olejek
obsesji
odra zabiła matkę
z paniką
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
powraca
i wszystkie noże posmarowane jodyną
wiosłują
dozgonnie
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
stąd że nie ma żadnego stąd
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
zdane na łaskę samotchnienia
każdy się rodzi we własnej przepaści
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
nasz adres:
w trakcie przedrzeźniania mew
w podmiejskiej kolejce
żmija
oby bozia dał
oczodołami
melania trump odwiedza sierociniec
strzępek błyszczący
szczerze
jakie pytanie taka krew
pyskaty krucyfiks
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
masło się stara
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
śnieg wymiotuje
kto zdechnie wcześniej?
księżyc zgasło
mielony
mowa ciała sekunda
w porządku własnym
daleko mu do spiewu płetwali
w każdej postaci
nieruchomo
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
inną postać tli się w każdej postaci
mucha
piorun
lotnisko
krzyk zarasta bulwary
niewyklepany przez otoczenie
jest nierozsłowny widnokrąg
alpinista w futrze na antenie
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
pięknie się wije
sarna spotyka sarnę
gdzie jest dżem?
z turkusowym kamieniem
cierń oka szelest
koniec przebiega najpierw
jest są
masz imię – jesteś fikcją
huśtawka
w kropli
w locie
jabłonki wychodzą z nor
również wystaje z każdej rzeczy
puszczyk zanurza się śniegu
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
aorta brzuszna nieposzerzona
kangur
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
idiota wyje pomidory
jabłonki
drapieżny
prześcieradło się po nim lepi
fryzura bez kierowcy
szczur
byk
w lustrze
nurek składany nikomu
rybą
to maska rozpaczy
olej na płótnie
pilota
słowa wdychają się przez inne
cytat nakręca mydło
wyje
wandale podlewają kwiatki
głód bez kolców
chwiliwarta
w miniówie
nagi bez klucza
torpedą
szklany
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
czarne plamki na liściach klonowych
za pomocą gdyby
zamazana
w rzeczywistości
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
karaluch
czyha
każda rzecz jest żadna
w uśmiechu poręcznym
w pomidorowej
snu
papieża
piłkarzy chorych na aids
taka jest sprawiedliwość
jechałem na wróbelku jechałem sam
żyrafy
tramwajem zarosłe
głaz bezgłowego pilota szkoli
kura lepka kangur przewrócony władza drań
igła w oko puka
niepodłączony
mruga pogrzebacz
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
paryżanka
na tylnych łapach
but cebulowy nerwicy
nim się pojawi
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
żadnego teraz żadnego nigdy
deszcz korbką malowany
jakie to piękne!
tygrys
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
szyja inwazji krocze
krokodyl
wyprostowany bez odpowiedzi
w garażu
twarzą ostemplowany
szpak w puszce wieczór nietknięty
wilgotna
ja do rzeźni jadę
czeluść ma na imię oklaski
mandolina zamiast wiosny
światła krwią
flanela
obraduje
pokrzywie dłoń wyrasta
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
nie do oderwania od mroku
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
wielkości niezapisanej myśli