krążąc obojętności

krążąc wokół ziemi
z paniką
pilota
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
w przebłysku samotności
na połamanym krześle
oczodołami
zamazana
tygrys
prawda nie jest taka
musisz to zobaczyć
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
wyrasta
każdy się rodzi we własnej przepaści
słoń na druty tyje
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
drapieżny zemdlał tygrys
zdane na łaskę samotchnienia
mruga pogrzebacz
w trakcie przedrzeźniania mew
wielkości niezapisanej myśli
o ośmiu wargach
w trakcie włamywaniu zębów
słowa wdychają się przez inne
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
tenorem
tort dotyczy lepkości
dzwonnica bez kałuży
drobinkami
czyha
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
świat nie do oderwania od wzroku
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
w kiełbasie
w lustrze
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
jamnik tenorem urzędu
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
mgłą
motyl w postaci cielska
larwa
wypełniony treścią ropną
czarna cykada chwyta się gałęzi
nagi bez klucza
krokodyl
daleko mu do spiewu płetwali
w porządku własnym
koza spoglądajaca na drzewo
piorun
na linii lewki – hajnówka
david attenborough poświadcza
z niegojącą się raną pachwiny
szczudeł tupot
szpileczka czerniejąca
drapieżny
torpedą
koniec przebiega najpierw
teofan grek maluje koronkowe majtki
karaluch
lawa ostrzy sobie język
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
w klatce
ostatnia stroma królewna
pieśń bez rękawa
obłok
sową
w półmroku
jej ciało oplatają węże
borówką
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
425 mln lat temu
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
blizną oka
osioł zbankrutowanym kotem
nieruchomo
u którego lęku mieszkasz?
przewrócony
w studni
tajny piorun ostrzy mocarstwa
dziurawy fortepian widzi
głaz bezgłowego pilota szkoli
powraca
gigantyczny
niechcący
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
porostnica wielokształtna
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
błękitny
gdzie jest dżem?
i drobne konkrementy żółciowe
niepodłączony
przemieszcza się kura olbrzyma
byk
mucha
w obcisłej spódnicy
dziecko i narośl
żmija
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
plemniki dojrzewają w najądrzach
albrecht dürer płynie na zelandię
krawiec w postaci ulewy
człowiek nie do oderwania od smyczy
sprężyna
widłoząb miotlasty
siekierą
do obrywania liści posągom
podasz mi wolną wolę?
wrośniak szorstki
wygląda ze smoczej jamy
za pomocą gdyby
w kompletnej ciemności pod wodą
igła w oko puka
na tylnych łapach
również wystaje z każdej rzeczy
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
hotel kamienny scyzoryk
mielony
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
piach rozkwita
chwiliwarta
szklany
olbrzyma
w powiększeniu
melanoma malignum
jest taki pociąg dlaczego
śnieg wymiotuje
w locie
noc o krok do zatopienia
jest nierozsłowny widnokrąg
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
tli się
jabłonki wychodzą z nor
pomachajcie tatusiowi
w miniówie
obywatele istnieją by służyć państwu
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
księżyc zgasło
puszczyk zanurza się śniegu
burzy się jagnię zapina szelki
najeżony
w czerwonej pieczarze
masło się stara
prześcieradło się po nim lepi
z ręką na sercu
proboszczem
smród to marka gówna uśmiech człowieka
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
łotr na apostole uchylając powiekę
w milczenie zawinięte
kangur
i szczypiące trawę jelenie
w nikąd dorosły
a pan daleko?
dialekt dzierżawi rolnika
nurek składany nikomu
z wyjątkiem mąki
porcelanowa strzelanina
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
biegnie przez grząski jesienny las
i wszystkie noże posmarowane jodyną
w pomidorowej
wiosłują
czas się w nas umówił z nikim
jeż czyha w zakonie
nasz adres:
do góry nogami
pod wpływem oczywistego cudu
pyskaty krucyfiks
pokrzywie dłoń wyrasta
melania trump odwiedza sierociniec
szympanse przeglądają się w oknach
grad
przez cały listopad
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
czeluść ma na imię oklaski
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
bez kolców
55 milionów lat świetlnych od nas
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
leżał owad w locie
do mądrości się przytrafia
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
statek
chodziłam po tamtym świecie
drobinkami nigdy
aorta brzuszna nieposzerzona
kto zdechnie wcześniej?
w futrze
głód bez kolców
ja do rzeźni jadę
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
sens przebywa zdala od gramatyki
w szyfonowej sukni
mandolina zamiast wiosny
bóg nie do oderwania od wszy
myśl mieszka drobinkami nigdy
każda rzecz jest żadna
patelnia wyglądająca jak żywa
z turkusowym kamieniem
życie to nic z tych rzeczy
wandale podlewają kwiatki
lufcikiem
bliżej niż
nim się pojawi
kropla przerywa węgorza
żyrafy
kominiarz bez ćwierci
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
stąd że nie ma żadnego stąd
jeż
kalarepa
wartość tuczna i rzeźna
cierń oka szelest
proszę zamknąć oczy gitarze
zręcznie
alpinista w futrze na antenie
piłkarzy chorych na aids
sarna spotyka sarnę
są światła widzialne i nie
w halce
oby bozia dał
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
masz imię – jesteś fikcją
w puszce
powiesiła się
odra zabiła matkę
nie do oderwania od mroku
krowa z wyjątkiem mąki
wyprostowany bez odpowiedzi
brzegiem i krwią
pośród lodów arktyki
rekin
bez oczu
chuj odziedziczył naród
po północnej stronie krateru schröter
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
muł w wiekach średnich
obelga całkowicie naprężony w wodzie
baranku boży
kotem
w czasie wytrysku
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
karaluch ciepły jabłkowy
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
w kierunku macicy
twarzą ostemplowany
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
świnie samotne bez parasola
strzępek błyszczący
w każdej postaci
widząc że nie ma nikogo
płonie
na odludnej wyspie
ukryty w przymrozku
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
rybą
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
tonie
człowiek służy też do podlewania ziemi
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
krzyk zarasta bulwary
sromotnik bezwstydny
w uśmiechu poręcznym
wyzwolony
kwiaty plują
dźwig do suszenia sutann
jakie to piękne!
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
drogą polna
nie do oderwania od pustki
pęknięty
praca czyni kopią
huśtawka
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
przez trojańskie pola
kura lepka kangur przewrócony władza drań
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
gniazda ech czarnych
paryżanka
jaskrawiec zwodniczy
ukłony
jechałem na wróbelku jechałem sam
zawsze nas coś omija
nieziemskiej urody
ciemniejący w światło
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
dozgonnie powleczony nadzieją
drzewo bez kapelusza
małpa śpiewająca na drzewie
pędzi
dziś to baśń bez dna
idiota wyje pomidory
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
piła olbrzyma weryfikuje
w postaci rosy
włóczka podwórek
szpak
gdzie popadnie
niewidzialne łączy świat na części
innego ratunku nie ma
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
kosmos ma miejsce w lupie
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
ze stali niepojętej
biegnie
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
fikołkiem właśnie
konduktor
gnojanka żółtawa
mowa ciała sekunda
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
w czeskiej wiosce
srebrnokulawy
obraduje
w podmiejskiej kolejce
kakao
w kropli
w drodze do po nic
to maska rozpaczy
po dwóch sekundach
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
inną postać tli się w każdej postaci
deszcz korbką malowany
zdyszany szpieg w istocie olejek
rycerz na koninie
morze karłów przewozi oliwa
jabłonki
bagnista ujada rzęsa
ręka sunie po udzie
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
niewyklepany przez otoczenie
śpiewa zabita pluskiewką
tako rzeczą czamorro
wielkości za późno
nietknięty
taka jest sprawiedliwość
i inne niepodobne
jedno jest pewne
światła krwią
fiołkowy
pyskaty
żadnego teraz żadnego nigdy
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
o prawidłowej echostrukturze
tramwajem zarosłe
but cebulowy nerwicy
fryzura bez kierowcy
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
snu muszlo nasza
muskularny zad
a początek nie ma końca
pięknie się wije
wilgotna
jakie pytanie taka krew
w domu schadzek
szpak w puszce wieczór nietknięty
snu
paznokieć
w trakcie obojętności