jeż flanela

jeż czyha w zakonie
muskularny zad
w klatce
osioł zbankrutowanym kotem
w garażu
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
w postaci rosy
koniec przebiega najpierw
czyha
w studni
odra zabiła matkę
deszcz korbką malowany
włóczka podwórek
osioł
obsesji
plemniki dojrzewają w najądrzach
innego ratunku nie ma
najeżony
błękitny
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
kura lepka kangur przewrócony władza drań
gnojanka żółtawa
obraduje
księżyc zgasło
kobra
gdzie popadnie
niepodłączony
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
wrośniak szorstki
wiosłują
nim się pojawi
blizna
jest są
czeluść ma na imię oklaski
oby bozia dał
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
mandolina zamiast wiosny
chwiliwarta
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
motyl w postaci cielska
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
wandale podlewają kwiatki
proszę zamknąć oczy gitarze
kosmos ma miejsce w lupie
w powiększeniu
są światła widzialne i nie
sprężyna
rzęsa
w obcisłej spódnicy
krążąc wokół ziemi
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
kropla przerywa węgorza
torpedą
głaz bezgłowego pilota szkoli
tenorem
musisz to zobaczyć
jest nierozsłowny widnokrąg
śpiewa zabita pluskiewką
a początek nie ma końca
w trakcie obojętności
pośród lodów arktyki
nie do oderwania od mroku
to maska rozpaczy
pędzi
piach rozkwita
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
larwa
wyrasta
szczerze
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
pyskaty
igła w oko puka
dziś to baśń bez dna
w domu schadzek
widłoząb miotlasty
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
bagnista ujada rzęsa
w czasie wytrysku
szczudeł tupot
szklany
obywatele istnieją by służyć państwu
biegnie
wartość tuczna i rzeźna
patelnia wyglądająca jak żywa
czas się w nas umówił z nikim
z turkusowym kamieniem
zdyszany szpieg w istocie olejek
strzępek błyszczący
wielkości za późno
statek
ostatnia stroma królewna
z paniką
flanela
fiołkowy
mucha
jabłonki
jej ciało oplatają węże
sromotnik bezwstydny
mgłą
w halce
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
kangur
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
zawadził
w okrutnej litanii
tli się
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
płonie
prześcieradło się po nim lepi
w zwolnionym tempie
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
leżał owad w locie
światła krwią
biegnie przez grząski jesienny las
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
david attenborough poświadcza
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
ukryty w przymrozku
snu
konduktor
każda rzecz jest żadna
ja do rzeźni jadę
śnieg wymiotuje
snu muszlo nasza
pomachajcie tatusiowi
olbrzyma
ręka sunie po udzie
najczyściejszej próby
światła
przemieszcza się kura olbrzyma
w uśmiechu poręcznym
na schodach
i szczypiące trawę jelenie
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
na odludnej wyspie
dozgonnie powleczony nadzieją
widząc że nie ma nikogo
tramwajem zarosłe
jest taki pociąg dlaczego
niewidzialne łączy świat na części
krawiec w postaci ulewy
a pan daleko?
melania trump odwiedza sierociniec
powiesiła się
rycerz na koninie
na antenie
w porządku własnym
teofan grek maluje koronkowe majtki
gdzie jest dżem?
borówką
karaluch ciepły jabłkowy
w trakcie przedrzeźniania mew
morze karłów przewozi oliwa
harfa
do góry nogami
tajny piorun ostrzy mocarstwa
szyja inwazji krocze
w szyfonowej sukni
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
masło się stara
żadnego teraz żadnego nigdy
stąd że nie ma żadnego stąd
krzyk zarasta bulwary
w trakcie włamywaniu zębów
w kompletnej ciemności pod wodą
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
sową
w lustrze
pokrzywie dłoń wyrasta
głód bez kolców
pod wpływem oczywistego cudu
szczur
paryżanka
niechcący
w półmroku
człowiek służy też do podlewania ziemi
w puszce
piła olbrzyma weryfikuje
mruga pogrzebacz
drogą polna
krowa
425 mln lat temu
sens przebywa zdala od gramatyki
gniazda ech czarnych
w miniówie
paznokieć
masz imię – jesteś fikcją
gigantyczny
słowa wdychają się przez inne
koza spoglądajaca na drzewo
w kierunku macicy
aorta brzuszna nieposzerzona
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
nerwicy
wygląda ze smoczej jamy
w milczenie zawinięte
przez o otwarte
obłok
zręcznie
kominiarz bez ćwierci
wyzwolony
rybą
dźwig do suszenia sutann
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
dziecko i narośl
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
fikołkiem właśnie
człowiek nie do oderwania od smyczy
żyrafy
łotr na apostole uchylając powiekę
baranku boży
ukłony
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
w czerwonej pieczarze
w czeskiej wiosce
na połamanym krześle
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
dialekt dzierżawi rolnika
okoliczności
wypełniony treścią ropną
zamazana
rekin
pilota
pęknięty
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
pięknie się wije
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
wilgotna
pokaż zęby i popatrz na mnie
niewyklepany przez otoczenie
hotel kamienny scyzoryk
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
tonie
w kolorze ukrytym
w rzeczywistości
kalarepa
dążąc do doskonałości
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
55 milionów lat świetlnych od nas
drapieżny
puszczyk zanurza się śniegu
żmija
brzegiem i krwią
papieża
powraca
przewrócony
w pomidorowej
małpa śpiewająca na drzewie
chodziłam po tamtym świecie
bez kolców
byk
jamnik tenorem urzędu
wielkości niezapisanej myśli
twarzą ostemplowany
jakie pytanie taka krew
i drobne konkrementy żółciowe
jeż
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
siekierą
kto zdechnie wcześniej?
huśtawka
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
czarna cykada chwyta się gałęzi
dozgonnie
jechałem na wróbelku jechałem sam
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
i inne niepodobne
chuj odziedziczył naród
blizna dokonuje osoby
tygrys
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
świnie samotne bez parasola
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
proboszczem
alpinista w futrze na antenie
lotnisko
nagi bez klucza
sarna spotyka sarnę
olej na płótnie
myśl mieszka drobinkami nigdy
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
lufcikiem
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
nietknięty
o prawidłowej echostrukturze
na linii lewki – hajnówka
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
burzy się jagnię zapina szelki
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
piłkarzy chorych na aids
fryzura bez kierowcy
za pomocą gdyby
mowa ciała sekunda
jaskrawiec zwodniczy
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
szpileczka czerniejąca
ze stali niepojętej
ciemniejący w światło
cytat nakręca mydło
również wystaje z każdej rzeczy
po dwóch sekundach
kakao
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
dziurawy fortepian widzi
inną postać tli się w każdej postaci
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
w kropli
każdy się rodzi we własnej przepaści
mielony
zawsze nas coś omija
kwiaty plują
zdane na łaskę samotchnienia
mydło
nieruchomo
bez oczu
w futrze
szympanse przeglądają się w oknach
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
w locie
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
w drodze do po nic
jakie to piękne!
daleko mu do spiewu płetwali
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
do mądrości się przytrafia
w przebłysku samotności
drobinkami nigdy
drapieżny zemdlał tygrys
i wszystkie noże posmarowane jodyną
przez trojańskie pola
piorun
nie do oderwania od pustki
w podmiejskiej kolejce
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
krokodyl
jedno jest pewne
szpak w puszce wieczór nietknięty
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
wyprostowany bez odpowiedzi
drobinkami
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
taka jest sprawiedliwość
z niegojącą się raną pachwiny
but cebulowy nerwicy
nasz adres:
kotem
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
porostnica wielokształtna
tako rzeczą czamorro
porcelanowa strzelanina
srebrnokulawy
pyskaty krucyfiks
jabłonki wychodzą z nor
nurek składany nikomu
w każdej postaci
dzwonnica bez kałuży
obelga całkowicie naprężony w wodzie
bóg nie do oderwania od wszy
słoń na druty tyje
cierń oka szelest
z ręką na sercu
życie to nic z tych rzeczy
drzewo bez kapelusza
praca czyni kopią
idiota wyje pomidory
karaluch
grad
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
szpak
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
albrecht dürer płynie na zelandię
po północnej stronie krateru schröter
oczodołami
smród to marka gówna uśmiech człowieka
u którego lęku mieszkasz?
do obrywania liści posągom
nieziemskiej urody
na tylnych łapach
przez cały listopad
w kiełbasie
o ośmiu wargach
świat nie do oderwania od wzroku
również wystaje z każdej rzeczy
masło się stara
paryżanka
obdarty
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
na tylnych łapach
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
w kropli
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
w kierunku macicy
niewyklepany przez otoczenie
albo postać do góry nogami
każda rzecz jest żadna
taka jest sprawiedliwość
kochanek
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
okɔliczności
szympanse przeglądają się w oknach
błyskotliwy łagodnie duchowny mruga pogrzebacz
w puszce
snu muszlo nasza
w futrze
albo postać porzucona
tonie
ciemniejący w światło
dziecko i narośl
włóczka podwórek
jakie to piękne!
o ośmiu wargach
pokrzywie dłoń wyrasta
w halce
ręka sunie po udzie
albo postać nieprzewidziana
mgłą
porcelanowa strzelanina
konduktor
mielony
żadnego teraz żadnego nigdy
szczebiota mięso
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
paznokieć
osioł
człowiek jest tym którym nie chce być
jeż czyha w zakonie
pyskaty krucyfiks
olej na płótnie
jakie pytanie taka krew
czas się w nas umówił z nikim
szczerze
kura lepka kangur przewrócony władza drań
w postaci rosy
biegnie
kwiaty plują
po dwóch sekundach
leżał owad w locie
hotel kamienny scyzoryk
dozgonnie powleczony nadzieją
rybą
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
w domu schadzek
szczur
człowiek nie do oderwania od smyczy
szklany
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
snu
w porządku własnym
chuj odziedziczył naród
niepodłączony
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
księżyc zgasło
szpak
sową
w kiełbasie
podrapana
bez parasola
szczur otyłe z ręką na sercu okrąża drzewa
proszę zamknąć oczy gitarze
na antenie
głaz bezgłowego pilota szkoli
kosmos ma miejsce w lupie
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
w studni
cytat nakręca mydło
słoń na druty tyje
trzustka prawidłowej wielkości
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
bóg nie do oderwania od wszy
tajny piorun ostrzy mocarstwa
wyje
lufcikiem
aorta brzuszna nieposzerzona
okazało się że to prawda
borówką
brzegiem i krwią
łagodnie duchowny
kotem
kropla przerywa węgorza
dialekt dzierżawi rolnika
o niej chmarzy ziemia
krowa
przewrócony
musisz to zobaczyć
najczyściejszej próby
wilgotna
wygląda ze smoczej jamy
jej ciało oplatają węże
twarzą ostemplowany
o wieczność się napotyka
śmigło do przeszczepiania głów
wiosłują
w kolejce do ścięcia
koniec przebiega najpierw
wyzwolony
harfa
a pan daleko?
fryzura bez kierowcy
mruga pogrzebacz
w locie
piła olbrzyma weryfikuje
torpedą
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
albo postać rozlana
z paniką
i szczypiące trawę jelenie
motyl w postaci cielska
nagi bez klucza
w przebraniu
jamnik tenorem urzędu
tli się
gdzie jest dżem?
w garażu
w drodze do po nic
burzy się jagnię zapina szelki
albo postać odwrócona
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
mydło
sprężyna
w pomidorowej
w nikąd dorosły
bananów
statek
nieziemskiej urody
krążąc wokół ziemi
zawadził
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
przez cały listopad
armata
nietknięty
huśtawka
parasol
mandolina zamiast wiosny
kalarepa
bagnista ujada rzęsa
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
z ręką na sercu
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
idiota wyje pomidory
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
w klatce
najeżony
jest nierozsłowny widnokrąg
alpinista w futrze na antenie
to najlepsza ochrona przed zarazą
człowiek służy też do podlewania ziemi
kominiarz bez ćwierci
agrest pada
koza spoglądajaca na drzewo
wagonów widelec w pobliżu błądzi
przemieszcza się kura olbrzyma
w miniówie
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
nieruchomo
plemeniem
do mądrości się przytrafia
nie do oderwania od mroku
głód bez kolców
i inne niepodobne
ukryty w przymrozku
dziś to baśń bez dna
puszczyk zanurza się śniegu
w półmroku
lotnisko
ze stali niepojętej
w powiększeniu
pędzi
z niegojącą się raną pachwiny
psychiatra na słupie w smoczku zbyt krótkim
w uśmiechu poręcznym
rycerz na koninie
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
piorun
rozwiewanany
w czeskiej wiosce
oczodołami
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
patelnia wyglądająca jak żywa
kakao
mowa ciała sekunda
żmija
mucha
dziurawy fortepian widzi
wczesnopierzasta
albo postać już niepotrzebna
deszcz korbką malowany
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
chmura
nurek składany nikomu
krzyk zarasta bulwary
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
na połamanym krześle
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
przebiega
na linii lewki – hajnówka
grad
rzesza wyjątek
wchodzi
zawsze nas coś omija
po północnej stronie krateru schröter
przez trojańskie pola
krokodyl
oby bozia dał
głód
ziemią przysypana
pomachajcie tatusiowi
wandale podlewają kwiatki
chodziłam po tamtym świecie
byk
tenorem
surowy
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
w ciarkach zniewagi
prześcieradło się po nim lepi
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
w przebłysku samotności
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
w milczenie zawinięte
larwa plemeniem podrapana
igła
w postaci krzywej
drogą polna
srebrnokulawy
ptak się kończy
jabłonki wychodzą z nor
o prawidłowej echostrukturze
drapieżny zemdlał tygrys
plemniki dojrzewają w najądrzach
tygrys
blizna dokonuje osoby
nim się pojawi
heroicznie niezdecydowana
pokryte meszkiem
obywatele istnieją by służyć państwu
pośród lodów arktyki
w kolorze ukrytym
czyha
rzęsa
55 milionów lat świetlnych od nas
kobra
proboszczem
pięknie się wije
życie to nic z tych rzeczy
czym zbierać czas?
światła krwią
rekin
wypełniony treścią ropną
inną postać tli się w każdej postaci
jabłonki
dzwonnica bez kałuży
pod wpływem oczywistego cudu
błękitny
czarne plamki na liściach klonowych
i wszystkie noże posmarowane jodyną
papieża
na schodach
piach rozkwita
sława
niechcąco powabna
425 mln lat temu
zamiana teraz ɔbietnica
nasz adres:
albrecht dürer płynie na zelandię
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
fiołkowy
szpak w puszce wieczór nietknięty
tako rzeczą czamorro
w obcisłej spódnicy
albo postać połamana
pilota
david attenborough poświadcza
auteor upuszcza tacę z herbatą
zręcznie
czarna cykada chwyta się gałęzi
jeden zrobił to nawet dwukrotnie
w szyfonowej sukni
łotr na apostole uchylając powiekę
albo postać na niebie
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
morze karłów przewozi oliwa
z turkusowym kamieniem
samica już odbyta
wyprostowany bez odpowiedzi
jeż
powiesiła się
w czerwonej pieczarze
szczudeł tupot
nie do oderwania od pustki
larwa
pęknięty
daleko mu do spiewu płetwali
drapieżny
osioł zbankrutowanym kotem
do zatopienia
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
śnieg wymiotuje
powraca
a początek nie ma końca
naprawdę istnieją tylko mniemania
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
zdolne do niewysuwania wniosków
widząc że nie ma nikogo
karaluch
kto zdechnie wcześniej?
odra zabiła matkę
świat nie do oderwania od wzroku
obsesji
karaluch ciepły jabłkowy
wartość tuczna i rzeźna
w trakcie obojętności
a ty do której masarni należysz?
igła w oko puka
bez oczu
w pułapce miar
kangur
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
obraduje
domysłem świat świeci
muskularny zad
siekierą
krawiec w postaci ulewy
wyrasta
są światła widzialne i nie
do obrywania liści posągom
pyskaty
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
teofan grek maluje koronkowe majtki
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
sarna spotyka sarnę
błyskotliwy
zamazana
małpa śpiewająca na drzewie
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
i drobne konkrementy żółciowe
jedno jest pewne
zagląda matce pod majtki
w postaci ulewy
albo postać nieważna
w rzeczywistości
gdzie popadnie
w podmiejskiej kolejce
kura
u którego lęku mieszkasz?
jest taki pociąg dlaczego
obłok
światła
w czasie wytrysku
chwiliwarta
w lustrze
jak wyglądało prawdziwe życie
rozsypane
słowa wdychają się przez inne
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
melania trump odwiedza sierociniec
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
innego ratunku nie ma
w każdej postaci
bez kolców
na odludnej wyspie
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
smród to marka gówna uśmiech człowieka
w trakcie przedrzeźniania mew
płonie
z doskonałym sterem
tramwajem zarosłe
praca czyni kopią
nerwicy
olbrzyma
stąd że nie ma żadnego stąd
do góry nogami
gigantyczny
but cebulowy nerwicy
ja do rzeźni jadę
żyrafy
blizna
bagnista
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
tym co wyrzucisz tym będziesz lżejszy
piłkarzy chorych na aids
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
biegnie przez grząski jesienny las
ukłony
temu winien
ɔbietnica
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
flanela