gigantyczny w halce

gigantyczny
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
z turkusowym kamieniem
kotem
nie do oderwania od mroku
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
wielkości niezapisanej myśli
w uśmiechu poręcznym
bez oczu
mucha
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
koza spoglądajaca na drzewo
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
byk
chodziłam po tamtym świecie
nasz adres:
głaz bezgłowego pilota szkoli
w garażu
kto zdechnie wcześniej?
głód bez kolców
siekierą
kura lepka kangur przewrócony władza drań
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
są światła widzialne i nie
nietknięty
jakie pytanie taka krew
porostnica wielokształtna
twarzą ostemplowany
widłoząb miotlasty
do mądrości się przytrafia
dzwonnica bez kałuży
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
odra zabiła matkę
paznokieć
w półmroku
wygląda ze smoczej jamy
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
osioł zbankrutowanym kotem
w przebłysku samotności
słowa wdychają się przez inne
krokodyl
pyskaty krucyfiks
w trakcie obojętności
igła w oko puka
nim się pojawi
szpak
jej ciało oplatają węże
rzęsa
deszcz korbką malowany
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
koniec przebiega najpierw
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
sprężyna
w postaci rosy
musisz to zobaczyć
w trakcie przedrzeźniania mew
piach rozkwita
fikołkiem właśnie
borówką
innego ratunku nie ma
szpak w puszce wieczór nietknięty
gdzie popadnie
jest nierozsłowny widnokrąg
i drobne konkrementy żółciowe
mielony
szczur
konduktor
nie do oderwania od pustki
rekin
olbrzyma
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
wypełniony treścią ropną
w drodze do po nic
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
blizną oka
w kierunku macicy
po północnej stronie krateru schröter
jedno jest pewne
żmija
wrośniak szorstki
w kompletnej ciemności pod wodą
w futrze
a pan daleko?
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
larwa
dziecko i narośl
baranku boży
wielkości za późno
wartość tuczna i rzeźna
każda rzecz jest żadna
włóczka podwórek
i wszystkie noże posmarowane jodyną
dialekt dzierżawi rolnika
księżyc zgasło
daleko mu do spiewu płetwali
pod wpływem oczywistego cudu
karaluch ciepły jabłkowy
motyl w postaci cielska
szminka oczarowana mąką pościeli
jamnik tenorem urzędu
życie to nic z tych rzeczy
sromotnik bezwstydny
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
muskularny zad
przez trojańskie pola
bóg nie do oderwania od wszy
porcelanowa strzelanina
morze karłów przewozi oliwa
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
krawiec w postaci ulewy
chwiliwarta
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
drogą polna
statek
drapieżny
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
jakie to piękne!
tenorem
czarna cykada chwyta się gałęzi
z paniką
dziurawy fortepian widzi
na tylnych łapach
kalarepa
proboszczem
tli się
55 milionów lat świetlnych od nas
osioł
sarna spotyka sarnę
piłkarzy chorych na aids
tramwajem zarosłe
błękitny
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
dziś to baśń bez dna
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
wiosłują
przemieszcza się kura olbrzyma
powraca
pokrzywie dłoń wyrasta
dźwig do suszenia sutann
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
blizna
krzyk zarasta bulwary
alpinista w futrze na antenie
obelga całkowicie naprężony w wodzie
drzewo bez kapelusza
obraduje
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
zręcznie
okoliczności
olej na płótnie
czyha
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
karaluch
i szczypiące trawę jelenie
do obrywania liści posągom
pieśń bez rękawa
do góry nogami
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
melanoma malignum
obłok
bliżej niż
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
myśl mieszka drobinkami nigdy
tygrys
snu
dozgonnie powleczony nadzieją
ze stali niepojętej
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
jabłonki wychodzą z nor
leżał owad w locie
gdzie jest dżem?
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
szympanse przeglądają się w oknach
w lustrze
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
w każdej postaci
albrecht dürer płynie na zelandię
teofan grek maluje koronkowe majtki
wyprostowany bez odpowiedzi
na odludnej wyspie
chuj odziedziczył naród
425 mln lat temu
tako rzeczą czamorro
u którego lęku mieszkasz?
w podmiejskiej kolejce
w kropli
w milczenie zawinięte
widząc że nie ma nikogo
w domu schadzek
ciemniejący w światło
tort dotyczy lepkości
kangur
w miniówie
żadnego teraz żadnego nigdy
proszę zamknąć oczy gitarze
patelnia wyglądająca jak żywa
sową
czeluść ma na imię oklaski
smród to marka gówna uśmiech człowieka
praca czyni kopią
hotel kamienny scyzoryk
lawa ostrzy sobie język
gnojanka żółtawa
w studni
na antenie
jeż czyha w zakonie
nieruchomo
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
o prawidłowej echostrukturze
pędzi
przez cały listopad
pomachajcie tatusiowi
żyrafy
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
na połamanym krześle
rybą
po dwóch sekundach
kosmos ma miejsce w lupie
szklany
masło się stara
w czeskiej wiosce
pięść dysponuje solistą
to maska rozpaczy
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
masz imię – jesteś fikcją
bez kolców
kobra
ja do rzeźni jadę
torpedą
kakao
oby bozia dał
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
w powiększeniu
piorun
w czasie wytrysku
pilota
taka jest sprawiedliwość
w czerwonej pieczarze
wilgotna
krążąc wokół ziemi
szczudeł tupot
paryżanka
jabłonki
rycerz na koninie
na schodach
biegnie przez grząski jesienny las
mruga pogrzebacz
za pomocą gdyby
w porządku własnym
ostatnia stroma królewna
krowa
pyskaty
sens przebywa zdala od gramatyki
słoń na druty tyje
szpileczka czerniejąca
mandolina zamiast wiosny
plemniki dojrzewają w najądrzach
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
ukłony
wyrasta
gniazda ech czarnych
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
idiota wyje pomidory
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
z ręką na sercu
najeżony
w kiełbasie
w pomidorowej
w nikąd dorosły
zdane na łaskę samotchnienia
powiesiła się
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
niepodłączony
wydalony z przebudzenia
drapieżny zemdlał tygrys
muł w wiekach średnich
zamazana
w locie
obywatele istnieją by służyć państwu
światła krwią
fiołkowy
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
nurek składany nikomu
mgłą
puszczyk zanurza się śniegu
zdyszany szpieg w istocie olejek
bagnista ujada rzęsa
śnieg wymiotuje
niechcący
jest taki pociąg dlaczego
i inne niepodobne
but cebulowy nerwicy
klacz gęsta mnóstwo wdowy pełznie
mowa ciała sekunda
jeż
aorta brzuszna nieposzerzona
stąd że nie ma żadnego stąd
pośród lodów arktyki
w szyfonowej sukni
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
noc o krok do zatopienia
każdy się rodzi we własnej przepaści
a początek nie ma końca
podasz mi wolną wolę?
huśtawka
również wystaje z każdej rzeczy
cierń oka szelest
łotr na apostole uchylając powiekę
ukryty w przymrozku
fryzura bez kierowcy
prawda nie jest taka
człowiek służy też do podlewania ziemi
ręka sunie po udzie
szczerze
lufcikiem
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
prześcieradło się po nim lepi
nagi bez klucza
srebrnokulawy
david attenborough poświadcza
niewidzialne łączy świat na części
melania trump odwiedza sierociniec
przewrócony
jechałem na wróbelku jechałem sam
w puszce
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
śpiewa zabita pluskiewką
brzegiem i krwią
tonie
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
piła olbrzyma weryfikuje
czas się w nas umówił z nikim
kropla przerywa węgorza
z niegojącą się raną pachwiny
w klatce
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
małpa śpiewająca na drzewie
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
pęknięty
na linii lewki – hajnówka
wyzwolony
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
grad
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
w trakcie włamywaniu zębów
płonie
biegnie
oczodołami
kominiarz bez ćwierci
pięknie się wije
strzępek błyszczący
w obcisłej spódnicy
tajny piorun ostrzy mocarstwa
snu muszlo nasza
zawsze nas coś omija
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
burzy się jagnię zapina szelki
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
świat nie do oderwania od wzroku
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
nieziemskiej urody
drobinkami nigdy
świnie samotne bez parasola
o ośmiu wargach
drobinkami
człowiek nie do oderwania od smyczy
jaskrawiec zwodniczy
kwiaty plują
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
wandale podlewają kwiatki
inną postać tli się w każdej postaci
niewyklepany przez otoczenie
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
w halce