dozgonnie szelest

dozgonnie powleczony nadzieją
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
gigantyczny
stąd że nie ma żadnego stąd
dążąc do doskonałości
kosmos ma miejsce w lupie
na schodach
wandale podlewają kwiatki
w trakcie włamywaniu zębów
w miniówie
borówką
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
masz imię – jesteś fikcją
jeż czyha w zakonie
taka jest sprawiedliwość
w garażu
krawiec w postaci ulewy
każda rzecz jest żadna
szklany
słowa wdychają się przez inne
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
obraduje
musisz to zobaczyć
aorta brzuszna nieposzerzona
w domu schadzek
pod wpływem oczywistego cudu
pyskaty
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
tli się
w drodze do po nic
przez cały listopad
mucha
tygrys
nurek składany nikomu
ukryty w przymrozku
nerwicy
najczyściejszej próby
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
w kompletnej ciemności pod wodą
z ręką na sercu
jabłonki
żmija
czas się w nas umówił z nikim
kropla przerywa węgorza
wyprostowany bez odpowiedzi
mydło
byk
rzęsa
w kiełbasie
oby bozia dał
na tylnych łapach
blizna
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
hotel kamienny scyzoryk
w pomidorowej
gdzie popadnie
czarna cykada chwyta się gałęzi
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
powraca
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
płonie
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
paryżanka
zręcznie
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
bez oczu
koza spoglądajaca na drzewo
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
wypełniony treścią ropną
w czasie wytrysku
świat nie do oderwania od wzroku
strzępek błyszczący
widłoząb miotlasty
smród to marka gówna uśmiech człowieka
widząc że nie ma nikogo
okoliczności
a pan daleko?
tramwajem zarosłe
rozpędzona do prędkości 28 000 km na godzinę
w kierunku macicy
cytat nakręca mydło
słoń na druty tyje
leżał owad w locie
ręka sunie po udzie
harfa
dziurawy fortepian widzi
pięknie się wije
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
osioł zbankrutowanym kotem
małpa śpiewająca na drzewie
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
obywatele istnieją by służyć państwu
każdy się rodzi we własnej przepaści
snu muszlo nasza
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
przewrócony
w podmiejskiej kolejce
gnojanka żółtawa
425 mln lat temu
głód bez kolców
piach rozkwita
u którego lęku mieszkasz?
mgłą
pęknięty
szpak w puszce wieczór nietknięty
krowa
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
pośród lodów arktyki
głaz bezgłowego pilota szkoli
mandolina zamiast wiosny
proszę zamknąć oczy gitarze
ukłony
ciemniejący w światło
błękitny
w puszce
osioł
lotnisko
i drobne konkrementy żółciowe
torpedą
w przebraniu
śpiewa zabita pluskiewką
kochanek
mowa ciała sekunda
pokrzywie dłoń wyrasta
w kolorze ukrytym
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
koniec przebiega najpierw
na linii lewki – hajnówka
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
kura lepka kangur przewrócony władza drań
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
nie do oderwania od mroku
tonie
jakie pytanie taka krew
drapieżny zemdlał tygrys
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
porcelanowa strzelanina
fiołkowy
szczudeł tupot
bóg nie do oderwania od wszy
srebrnokulawy
dozgonnie
wartość tuczna i rzeźna
z niegojącą się raną pachwiny
wrośniak szorstki
wyrasta
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
muskularny zad
w szyfonowej sukni
włóczka podwórek
zamazana
przez trojańskie pola
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
temu winien
pilota
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
piorun
krążąc wokół ziemi
są światła widzialne i nie
za pomocą gdyby
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
masło się stara
jechałem na wróbelku jechałem sam
igła w oko puka
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
papieża
odra zabiła matkę
szczur
grad
wchodzi
szpileczka czerniejąca
niepodłączony
drogą polna
najeżony
obelga całkowicie naprężony w wodzie
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
jamnik tenorem urzędu
kwiaty plują
jabłonki wychodzą z nor
plemniki dojrzewają w najądrzach
o ośmiu wargach
statek
i inne niepodobne
kangur
w kropli
sromotnik bezwstydny
niewidzialne łączy świat na części
nasz adres:
jest taki pociąg dlaczego
mruga pogrzebacz
rycerz na koninie
flanela
z turkusowym kamieniem
zdyszany szpieg w istocie olejek
na połamanym krześle
morze karłów przewozi oliwa
melania trump odwiedza sierociniec
olbrzyma
krzyk zarasta bulwary
ze stali niepojętej
tako rzeczą czamorro
nietknięty
kto zdechnie wcześniej?
jakie to piękne!
w locie
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
kalarepa
kotem
ostatnia stroma królewna
czarne plamki na liściach klonowych
jej ciało oplatają węże
o prawidłowej echostrukturze
w przebłysku samotności
chuj odziedziczył naród
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
pokaż zęby i popatrz na mnie
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
biegnie przez grząski jesienny las
wygląda ze smoczej jamy
idiota wyje pomidory
siekierą
porostnica wielokształtna
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
mielony
szpak
oczodołami
jeż
twarzą ostemplowany
drobinkami
niewyklepany przez otoczenie
david attenborough poświadcza
do góry nogami
w milczenie zawinięte
po północnej stronie krateru schröter
jaskrawiec zwodniczy
skoro
bez kolców
w półmroku
dzwonnica bez kałuży
przemieszcza się kura olbrzyma
potwór przysięga
olej na płótnie
w zwolnionym tempie
karaluch ciepły jabłkowy
but cebulowy nerwicy
brzegiem i krwią
i szczypiące trawę jelenie
obłok
alpinista w futrze na antenie
w czerwonej pieczarze
w trakcie obojętności
podrapana
w postaci rosy
snu
w halce
ja do rzeźni jadę
to maska rozpaczy
wyje
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
jedno jest pewne
nieziemskiej urody
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
daleko mu do spiewu płetwali
szympanse przeglądają się w oknach
nim się pojawi
piła olbrzyma weryfikuje
krokodyl
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
na odludnej wyspie
deszcz korbką malowany
innego ratunku nie ma
nagi bez klucza
sprężyna
dziecko i narośl
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
księżyc zgasło
żadnego teraz żadnego nigdy
po dwóch sekundach
powiesiła się
proboszczem
drobinkami nigdy
w rzeczywistości
myśl mieszka drobinkami nigdy
wilgotna
puszczyk zanurza się śniegu
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
55 milionów lat świetlnych od nas
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
czeluść ma na imię oklaski
piłkarzy chorych na aids
światła
drapieżny
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
do mądrości się przytrafia
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
zawsze nas coś omija
pomachajcie tatusiowi
kominiarz bez ćwierci
sową
wyzwolony
w futrze
i wszystkie noże posmarowane jodyną
życie to nic z tych rzeczy
larwa
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
baranku boży
gdzie jest dżem?
na antenie
huśtawka
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
w powiększeniu
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
nie do oderwania od pustki
inną postać tli się w każdej postaci
kobra
jest nierozsłowny widnokrąg
praca czyni kopią
żyrafy
szyja inwazji krocze
w uśmiechu poręcznym
w obcisłej spódnicy
prześcieradło się po nim lepi
do obrywania liści posągom
fryzura bez kierowcy
zawadził
rekin
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
dźwig do suszenia sutann
w trakcie przedrzeźniania mew
blizna dokonuje osoby
w klatce
burzy się jagnię zapina szelki
dziś to baśń bez dna
również wystaje z każdej rzeczy
człowiek służy też do podlewania ziemi
czyha
bez parasola
paznokieć
pędzi
gniazda ech czarnych
w czeskiej wiosce
w każdej postaci
w porządku własnym
rybą
śnieg wymiotuje
w studni
a początek nie ma końca
patelnia wyglądająca jak żywa
dialekt dzierżawi rolnika
w lustrze
albrecht dürer płynie na zelandię
teofan grek maluje koronkowe majtki
wiosłują
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
nieruchomo
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
pyskaty krucyfiks
tajny piorun ostrzy mocarstwa
światła krwią
bagnista ujada rzęsa
obsesji
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
karaluch
sarna spotyka sarnę
z paniką
szczerze
chwiliwarta
biegnie
chodziłam po tamtym świecie
w okrutnej litanii
kakao
konduktor
łotr na apostole uchylając powiekę
wielkości za późno
tenorem
wielkości niezapisanej myśli
motyl w postaci cielska
człowiek nie do oderwania od smyczy
lufcikiem
cierń oka szelest