albrecht dürer nikomu

albrecht dürer płynie na zelandię
pieśń bez rękawa
błękitny
na linii lewki – hajnówka
płonie
snu
nicważącego nic ważącego
w drodze do po nic
jeż
piła olbrzyma weryfikuje
słoneczników zgraja
tygrys
gdzie popadnie
obłok
na sam widok pruskiej piechoty w żelaznym spokoju ruszającej do ataku
z niegojącą się raną pachwiny
w kiełbasie
w trakcie inspekcji stepów ateńskich
aorta brzuszna nieposzerzona
każda rzecz jest żadna
wyzwolony
w halce
w studni
melanoma malignum
w zwolnionym tempie
425 mln lat temu
kto zdechnie wcześniej?
oczodołami
koniec przebiega najpierw
policjant lufcikiem brutalnie zwleka
w miniówie
gdzie jest dżem?
oby bozia dał
tli się
leżał owad w locie
nagi bez klucza
kalarepa
w każdej postaci
pokrzywie dłoń wyrasta
w locie
pędzi
włóczka podwórek
chwiliwarta
dziurawy fortepian widzi
w lustrze
do obrywania liści posągom
twarzą ostemplowany
świnie samotne bez parasola
przez trojańskie pola
życie to nic z tych rzeczy
w nikąd dorosły
55 milionów lat świetlnych od nas
w klatce
karaluch
w pomidorowej
w półmroku
melania trump odwiedza sierociniec
nasz adres:
łotr na apostole uchylając powiekę
jest taki pociąg dlaczego
wilgotna
dziecko i narośl
nie będąc w stanie oczyścić się z gnoju
ukryty w przymrozku
brzegiem i krwią
koza spoglądajaca na drzewo
larwa plemeniem
wszystko jesteśmy tylko spójnikami
w czerwonej pieczarze
nigdzie dociera wszędzie przed czasem
nie do oderwania od pustki
człowiek jest w sobie tylko z lotu ptaka
na tylnych łapach
czy znasz swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym?
pyskaty krucyfiks
tenorem
pilota
masz imię – jesteś fikcją
w powiększeniu
słowo jest miejscem w które czas się przebiera
ludzie składają się prasują i zanoszą do pracy
w trakcie paraliżowania strachu maślanką natchnienia
każdy punkt widzenia jest tak samo dobry
wygląda ze smoczej jamy
bóg nie do oderwania od wszy
w okrutnej litanii
żal do czyszczenia zdrętwiałych wyobraźni
statek
żmija
bagnista ujada rzęsa
nieruchomo
głowa bez tacy
fiołkowy
kotem
w trakcie rozmowy z trądem przez wannę
jamnik tenorem urzędu
szczudeł tupot
szczerze
w domu schadzek
dozgonnie powleczony nadzieją
i drobne konkrementy żółciowe
muskularny zad
dzwonnica bez kałuży
gniazda ech czarnych
w porządku własnym
teofan grek maluje koronkowe majtki
do przekręcania słów w niewidzialnych zamkach
nie do oderwania od mroku
szpak
rycerz na koninie
w futrze
kropla przerywa węgorza
jeż czyha w zakonie
tajny piorun ostrzy mocarstwa
o prawidłowej echostrukturze
fikołkiem właśnie
pyskaty
do mądrości się przytrafia
w trakcie włamywaniu zębów
przewrócony
morze karłów przewozi oliwa
głód bez kolców
mgłą
człowiek służy też do podlewania ziemi
motyl w postaci cielska
harfa
stąd że nie ma żadnego stąd
zdane na łaskę samotchnienia
siekierą
w kierunku macicy
w kropli
alpinista w futrze na antenie
huśtawka
inną postać tli się w każdej postaci
osioł zbankrutowanym kotem
hotel kamienny scyzoryk
jaskrawiec zwodniczy
śpiewa zabita pluskiewką
pomachajcie tatusiowi
w miłości najpiękniejsze jest to że mija
lufcikiem
but cebulowy nerwicy
borówką
piach rozkwita
ja do rzeźni jadę
paznokieć
i inne niepodobne
na antenie
sprężyna
jabłonki
krokodyl
a początek nie ma końca
wielkości niezapisanej myśli
dziś to baśń bez dna
jakie to piękne!
daleko mu do spiewu płetwali
zawadził
przez o otwarte
w kompletnej ciemności pod wodą
dialekt dzierżawi rolnika
krowa
odra zabiła matkę
i wszystkie noże posmarowane jodyną
głaz bezgłowego pilota szkoli
słoń na druty tyje
w szyfonowej sukni
powraca
larwa plemeniem podrapana
słowa wdychają się przez inne
nieziemskiej urody
czyha
olej na płótnie
prześcieradło się po nim lepi
mandolina zamiast wiosny
biegnie
czas się w nas umówił z nikim
krążąc wokół ziemi
czeluść ma na imię oklaski
z turkusowym kamieniem
ręka sunie po udzie
burzy się jagnię zapina szelki
biegnie przez grząski jesienny las
osioł
księżyc zgasło
kobra
przez nieszczelne i przestarzałe rurociągi
musisz to zobaczyć
z paniką
z ręką na sercu
igła w oko puka
obywatele istnieją by służyć państwu
chuj odziedziczył naród
blizną oka
wypełniony treścią ropną
drogą polna
rekin
larwa
światła krwią
wyrasta
i szczypiące trawę jelenie
idiota wyje pomidory
jest są bogiem zwyczajnie bezgłowym
baranku boży
wandale podlewają kwiatki
paryżanka
cierń oka szelest
podasz mi wolną wolę?
na schodach
czas się spieszy bo się spóźnił na lekkość
sromotnik bezwstydny
innego ratunku nie ma
niewyklepany przez otoczenie
są jeszcze wiece do zdrapywania łez
najeżony
widłoząb miotlasty
shah jahan ma na sobie gruby różowy płaszcz
kobieta w czerwonym skafandrze prowadzi rower wzdłuż płotu
lotnisko rozsypane mucha wyzwolony
pięknie się wije
audrey hepburn siedzi przy pustym stole
jack kerouac wchodzi do łóżka helen weaver
tocząc rzeki źródłom na pożarcie
świat zaczyna się zawsze więc zjawia za późno
piorun
wędrowny rzeźnik żarówek rozsiewacz
w trakcie przedrzeźniania mew
przenajświętsza jest msza mijania się na ulicy
kolejne dziecko utonęło w strumieniu
olbrzyma
konduktor
porostnica wielokształtna
w trakcie zaciągania się do spowiedzi
jechałem na wróbelku jechałem sam
szklany
praca czyni kopią
żadnego teraz żadnego nigdy
są światła widzialne i nie
wszystko się wyjaśni po czasie nikomu
okoliczności
drobinkami
mielony
chodziłam po tamtym świecie
drapieżny zemdlał tygrys
ukłony
zdyszany szpieg w istocie olejek
w przebłysku samotności
puszczyk zanurza się śniegu
w podmiejskiej kolejce
bez kolców
w postaci rosy
mowa ciała sekunda
w trakcie obojętności
wartość tuczna i rzeźna
kurz śpi na talerzu i pogrzebie
każdy się rodzi we własnej przepaści
gnojanka żółtawa
w trakcie podchodzania do lądowania w krwistym kisielu sławy
obraduje
koleją 8 tygodni samolotem 12 lat
mucha
mężczyzna leży płasko na brzuchu kobiety
proboszczem
człowiek nie do oderwania od smyczy
wielkości wiatru zdeptanego z szyby
obelga całkowicie naprężony w wodzie
w milczenie zawinięte
snu muszlo nasza
pęknięty
sens przebywa zdala od gramatyki
kalafiorowe madonny w doniczkach tv
plemniki dojrzewają w najądrzach
mruga pogrzebacz
rybą
w trakcie zabliźniania się skrzydeł na moście
wyprostowany bez odpowiedzi
kakao
kwiaty plują
o ośmiu wargach
podrapana
na odludnej wyspie
czarna cykada chwyta się gałęzi
grad
ambitna mucha w podróży dookoła brzęku
myśl mieszka drobinkami nigdy
tonie
w puszce
światła
śmierć – długo się na nią czeka ale warto
kominiarz bez ćwierci
najważniejsze to zwłoki nieistotnego
drobinkami nigdy
obsesji
dźwig do suszenia sutann
kangur
do góry nogami
w czeskiej wiosce
blizna
pod wpływem oczywistego cudu
jakie pytanie taka krew
za pomocą gdyby
ciemniejący w światło
a pan daleko?
karaluch ciepły jabłkowy
wąs wchodzi do rzeki wraca zadbana kukurydza
niechcący
sarna spotyka sarnę
ryba połyskującą w nasłonecznionej wodzie
człowiek nie widzi tylko rozpoznaje
wielkości za późno
szpak w puszce wieczór nietknięty
pęcherz moczowy o gładkich zarysach
zajebiście ubrani robotnicy wychodzą z fabryki
w garażu
śnieg wymiotuje
po dwóch sekundach
rzęsa
szympanse przeglądają się w oknach
w czasie wytrysku
piłkarzy chorych na aids
świat nie do oderwania od wzroku
to maska rozpaczy
tako rzeczą czamorro
bez oczu
taka jest sprawiedliwość
szczur szczurowi proboszczem zamawia frytki
jedno jest pewne
fryzura bez kierowcy
jabłonki wychodzą z nor
szpileczka czerniejąca
ślepakiem śmierci
deszcz korbką malowany
niepodłączony
srebrnokulawy
strzępek błyszczący
pulchniutkie gotowe do wniebowstąpienia
zręcznie
po północnej stronie krateru schröter
drzewo bez kapelusza
byk
wrośniak szorstki
pokaż zęby i popatrz na mnie
jej ciało oplatają węże
salony meblowe szczekają w zwolnionym tempie
porcelanowa strzelanina
krawiec w postaci ulewy
zamazana
kosmos ma miejsce w lupie
proszę zamknąć oczy gitarze
nie ma sposobu na to co dzieje się tylko raz
nerwicy
wiosłują
niewidzialne łączy świat na części
david attenborough poświadcza
żyrafy
małpa śpiewająca na drzewie
krzyk zarasta bulwary
papieża
pośród lodów arktyki
szklany krokodyl pięknieje w popłochu
ogromny ptak w locie nad czarnymi falami morza
smród to marka gówna uśmiech człowieka
na szczycie wysokiego źdźbła trawy
w obcisłej spódnicy
patelnia wyglądająca jak żywa
u którego lęku mieszkasz?
zawsze nas coś omija
gigantyczny
torpedą
powiesiła się
masło się stara
lawa ostrzy sobie język
jest nierozsłowny widnokrąg
również wystaje z każdej rzeczy
drapieżny
kura lepka kangur przewrócony władza drań
tramwajem zarosłe
nim się pojawi
przez cały listopad
sową
widząc że nie ma nikogo
w uśmiechu poręcznym
krew jest potrzebna do barwienia asfaltu
szczur
na połamanym krześle
ostatnia stroma królewna
ze stali niepojętej
józef haller na welocypedzie mknie przez podole
nietknięty
przemieszcza się kura olbrzyma
nurek składany nikomu